Dodany: 2017-12-09 09:05:06 | Ostatnio wołany: 2017-12-09 09:06:19



Środek stycznia, zima, kilka godzin słońca, które i tak przesiedzisz w pracy. Poza tym ciemno, brudno, mokro, na ulicach szaro-bura ciapa powstała z topniejącego śniegu, piasku i błota. A gdyby tak przerwać ten nieprzyjemny scenariusz? I zamienić brudne, szare i ponure ulice na ciepłą plażę i lazurową wodę?

Link do wpisu na blogu

Kilka tygodni temu publikowałem zimowe zestawienie ciepłych kierunków z Polski – czas przyjrzeć się, na ile jest jeszcze aktualne. Teraz przeanalizuję kilka kierunków dostępnych na styczeń – trochę budżetowych wersji, jak i tych bardziej egzotycznych.

Wyspy Kanaryjskie

Tutaj oferta lotów z Polski jest średnio atrakcyjna. Ceny z przewoźnikami zaczynają się od około 600 złotych – i to bez bagażu rejestrowanego. Jakie są inne opcje? Można albo polecieć z Berlina (dla wielu mieszkańców Polski to bliższy kierunek niż chociażby Warszawa czy Kraków), albo rzucić okiem na loty czarterowe. Ze stolicy Niemiec na Lanzarote dolecimy za mniej niż 300 złotych, do tego jest masa dobrych ofert na różne inne wyspy. A o czarterach pisałem 4 tygodnie temu – znajdziecie tam wszystkie potrzebne wskazówki.

Średnia temperatura w styczniu: W dzień powyżej 20 stopni – kilka stopni różnicy w zależności od wyspy
Ceny biletów: Od 300 zł w dwie strony
Ceny noclegów: Od 150 zł za pokój dwuosobowy

Trzeba się spieszyć z rezerwacją noclegu – np. na Lanzarote większość obiektów na styczeń jest już zarezerwowana, ale spokojnie można coś znaleźć dla dwóch osób, w każdym budżecie i standardzie.

Przejdź do wpisów z Hiszpanii

Hiszpania – Castellon de la Plana, Palma de Mallorca

W tych miejscach nie możemy liczyć już na taką pogodę, jak na Wyspach Kanaryjskich, ale wciąż jest raczej słonecznie i przyjemnie. Choć i na Majorce w styczniu potrafił spaść śnieg… Ale sam byłem na początku tego roku właśnie na Balearach, i było w porządku, a dzień przed moim przylotem było tak ciepło, że plaża była pełna ludzi, którzy opalali się w strojach kąpielowych. Nie ma reguły, a można odwiedzić hiszpańskie miasta bez zgiełku turystów i z dużo niższymi cenami niż w sezonie.

Średnia temperatura w styczniu: W dzień około 15 stopni
Ceny biletów: Castellon od 67 zł z Poznania, Majorka od 170 zł z Berlina
Ceny noclegów: Od 170 zł za pokój dwuosobowy

Przejdź do wpisów z Hiszpanii

Południowy Izrael i Morze Czerwone

Izrael jakiś czas temu zasypał nas horrendalnie tanimi biletami. I tylko bilety są tanie – trzeba pamiętać, że Izrael jest dość drogim krajem, a szczególnie drogą jego częścią jest południe, z turystycznym Eilatem na czele. Do tego warto wziąć pod uwagę ostatnie polityczne przepychanki, związane z przeniesieniem ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy. MSZ odradza aktualnie wizyty w Izraelu, ale wiem, że ludzie tam jeżdżą i… nic się za bardzo nie zmieniło, mimo medialnego szumu. Mimo wszystko – zostałbym tylko w Eilacie.

Średnia temperatura w styczniu: W dzień około 21 stopni
Ceny biletów: Od 66 zł z Poznania, 81 z Gdańska, 165 zł z Krakowa
Ceny noclegów: Od 200 zł za pokój dwuosobowy

Przejdź do wpisów z Izraela

Noclegi w każdym z wymienionych powyżej miejsc zarezerwujesz przez booking.com, Airbnb czy Agodę. W tym miejscu możesz odebrać 100 zł na pierwszą rezerwację z Airbnb, jeśli nie masz tam jeszcze konta! Dzięki temu po tym, gdy Ty skorzystasz z rabatu, 50 zł trafi na moje konto w tym portalu. A Ty możesz polecać dalej i również zarabiać! Tutaj za to znajdziesz mój poradnik dotyczący rezerwowania w Airbnb.

A może trochę egzotyki?
Styczeń to najlepszy okres na odwiedziny w wielu egzotycznych, bardzo kuszących miejscach. Pora sucha trwa na Karaibach, w Azji południowo-wschodniej (np. Tajlandii), czy w miejscu, które jest największym marzeniem wielu, wielu osób – Malediwach.

Egzotyczne wycieczki nie są już tylko luksusem, na który stać nielicznych – dwutygodniowe wczasy w Tajlandii potrafią kosztować 3500 złotych. A jeśli masz dość elastyczne dni pracy, i możesz pozwolić sobie na urlop z dnia na dzień – spokojnie uda Ci się upolować czarter w śmiesznej cenie, czy wakacje Last Minute, które będą prawdziwą okazją. O czarterach już trochę pisałem, ale gdzie można upolować ciekawe wczasy?

Często pojawiają się okazje na Karaiby, zwłaszcza z wylotami z Niemiec – na Dominikanę możemy dolecieć nawet za 600 zł (oczywiście z bagażem rejestrowanym), Mauritius za 1000 zł, azjatyckie kierunki lekko drożej. Przy odrobinie szczęścia urlop na Dominikanie można spędzić w cenie urlopu na Wyspach Kanaryjskich.

Na dziś to tyle – jeśli masz jakieś miejsce, lub zagadnienie, które chciałbyś, żeby zostało opisane w tym cyklu – odezwij się do mnie na mail lub poprzez media społecznościowe. Udanego planowania!

--------------------------------------------

#zwtravel - mój tag autorski o tanich lotach, podróżach i moich przygodach.

Facebook | Blog | Instagram | Newsletter

Przejdź do wpisu

Dodany: 2017-12-07 11:32:05 | Ostatnio wołany: 2017-12-07 11:32:34


Nie pojechałeś tam eksplorować, ale dla rozrywki. Jest to wycieczka, a ty jesteś zwykłym turystą, jak wszyscy

Nikt nie wiedział praktycznie nic na temat mojego pobytu w Ameryce Południowej. Co robię, gdzie jestem, jak się poruszam, dokąd zmierzam. Co jakiś czas dawałem znać rodzinie, że wszystko w porządku, i mniej więcej co się dzieje, ale w internecie było dość skąpo – to wtedy zacząłem dopiero pisać o podróżach.

Nie jesteś podróżnikiem. Jesteś zwykłym turystą

To było po kilkudniowym wypadzie do Norwegii. A może po Izraelu – sam już nie pamiętam. Wiadomość od gościa, który nic o mnie nie wie, a na zdjęciu profilowym… siedzi sobie w alpejskim kurorcie, na jakichś 3000 metrów, w dżinsach, czystej i nieskazitelnej kurtce, popijając w restauracji przy stoliku piwko. Pan Podróżnik.

Co jakiś czas spotykam się z podobnym komentarzem. Ludzie, kompletnie obcy, pojawiający się z kosmosu, po jednym zdaniu, zdjęciu czy krótkim wpisie stwierdzają z całą pewnością: Nie jesteś podróżnikiem! Ja nim jestem! Ja eksploruję, a ty… a ty zwiedzasz!

A Ty kim jesteś – turystą czy podróżnikiem?
Co jakiś czas natykam się w różnych miejscach na batalię o tym, kto może mianować się zaszczytnym tytułem “podróżnika”. Nie Marcin, bo pojechał na Teneryfę z biurem podróży. Nie Agnieszka, bo przecież wróciła do Polski samolotem, a dodatkowo kiedy łapała stopa kilka godzin i nic się nie zatrzymało, to poszła na autobus. Kamil też odpada, bo nie jadł żarcia za śmietnika, tylko stołował się w restauracjach. Liczy się tylko autostop, freeganizm i spanie na squotach, a kto śpi w hotelach, ma walizkę i czystą bieliznę, to pizda, nie podróżnik. Wtedy zwiedzasz, a nie eksplorujesz.

Kilka lat temu, setki kilometrów za kołem podbiegunowym, na dalekiej, norweskiej północy, rozbiłem namiot. Po sąsiedzku stał drugi – jednoosobowy. Po kilku godzinach poznałem właściciela tego mobilnego domu – okazało się, że też jest Polakiem, chłopakiem, który wracał z bardzo dalekiej podróży – arktycznego Svalbardu. Dostał się tam ponad rok wcześniej stopem (włącznie z przeprawą statkiem przez Morze Barentsa), pracował w hotelu, ochraniał turystów, oprowadzając ich ze strzelbą, sprzątał tamtejszą plażę. Artykuł o nim napisała nawet miejscowa gazeta – z dumą nosił dwie kartki w kieszeni kurtki.

Siedzieliśmy sobie w środku nocy, oświetleni słońcem dnia polarnego, i rozprawialiśmy na różne tematy. Gdy wyciągnąłem tablet, zrobił wielkie oczy, i pytał co to jest. Bartek, bo tak miał na imię, miał swój specyficzny, ale bardzo interesujący świat. Zarobił na norweskiej wyspie potężne pieniądze, ale wciąż spał w namiocie, poruszał się tylko stopem, żywił w norweskich śmietnikach – doskonale znał wszystkie miejsca w mieście, gdzie na koniec dnia wyrzucano całkiem świeżą i dobrą żywność.

Był ostatnim do przypinania ludziom łatek. Miał w dupie to, jak kto się określa, jak określają jego i w ogóle go to nie obchodziło, mimo, że wedle przeróżnych standardów wyczerpuje chyba w całości definicję słowa “podróżnik”.

Najgłośniej krzyczą ci, którzy mają najmniej do powiedzenia
Ktoś przejechał się autostopem dwa razy, i on “eksploruje” inne państwa. Integruje się z ludźmi, a nie siedzi w hotelu.

Ktoś przeczytał dwie książki Cejrowskiego i od tej pory nie rozumie, jak można jechać na wakacje z biurem podróży, zamiast sprzedać lodówkę i kupić bilet w jedną stronę.

Ktoś spakował się w plecak, teraz jest backpackersem i gardzi turystami z, hehe, walizką.

Nie spotkałem się jeszcze z tym, żeby człowiek, który przemierzył kawał świata, z pogardą szufladkował ludzi według tego gdzie i w jaki sposób jeszcze. Żeby wywyższał się, bo w Rio de Janeiro jechał autobusem miejskim a nie taksówką, i doleciał sam, a nie czarterem z pilotem wycieczki.

Ale to standard w każdej chyba sferze życia. Widziałem masę chłopaczków, którzy po kilku tygodniach trenowania sportów walki wyrywali się do awantur, czuli królami ulicy. I facetów, którzy po kilku latach treningów byli ostojami spokoju, niezależnie od okoliczności.

Pewnego razu serwis echodnia.eu przeprowadzał wywiad z Wojciechem Cejrowskim, właśnie na temat turystów. Padło pytanie o wczasy all-inclusive, że polscy turyści tak lubią, i na dodatek takie wyjazdy nazywają podróżą. WC odpowiedział tak:

A co w tym złego? Ktoś ich za to krytykuje? Komuś nie podoba się, że po całym roku pracy chcemy odpocząć na luksusowo, chcemy, żeby nam ktoś usługiwał i podtykał frykasy pod nos? Pracowaliśmy ciężko, potem mamy krótki urlop i naprawdę nie rozumiem tych pretensji do kogoś, kto uważa “all inclusive” za najlepszy wybór. Nie każdy lubi zwiedzać.

I niech to będzie najlepsze podsumowanie. Żyj i daj żyć – zajmijmy się sobą i swoimi wyjazdami, a ludziom dajmy podróżować tak, jak tylko chcą.

Link do wpisu na blogu

#zwtravel

Przejdź do wpisu

Dodany: 2017-12-01 21:51:46 | Ostatnio wołany: 2017-12-01 21:52:34



Mirki, próbowałem sprawdzić, czy bardziej opłaca się pojechać z biurem podróży, czy zorganizować identyczny wyjazd samemu. Co z tego wyszło? Zapraszam :)

Link do wpisu

Odwieczny problem – organizować wakacje z biurem podróży, czy może samemu? Z jednej strony wygoda zorganizowanego wyjazdu, wszystko podstawione pod nos. Jedziesz na lotnisko, siup w samolot, zaraz lądujesz, na miejscu czeka zorganizowany transfer do hotelu, tam czeka na Ciebie już rezydent z wszelkimi informacjami. Płacisz, i nie przejmujesz się niczym – Twój jedyny dylemat, to czego się dziś napić, i co zjeść na obiad.

Z drugiej strony – czy biura nie zbierają potężnych prowizji, a Ty za odrobinę wysiłku mógłbyś obciąć koszty nawet o kilkadziesiąt procent?

I jak tu zrobić rzetelne porównanie?
Zainspirowany wpisem znalezionym gdzieś w internecie, próbowałem wziąć się za porównanie cen przy wyjeździe zorganizowanym samemu, a przez biuro podróży. Tamten wpis którejś z blogerek traktował chyba o wyjeździe na Malediwy – i wychodziły tam naprawdę spore różnice. Rzędu nawet 30-40% za kilkanaście minut researchu w internecie, co równało się kilku tysiącom złotych za osobę.

Postanowiłem więc sprawdzić, czy rzeczywiście biura kroją nas na potęgę. Wziąłem się do roboty, otworzyłem listę wycieczek na wakacje.pl, booking.com, agodę, poszukałem lotów i…

Okazuje się, że jednak nie jest tak źle.

Wziąłem pierwsze kilka wycieczek, za cenę lotów przyjąłem ok. 2500 zł – spokojnie w tej cenie dolecimy na Malediwy z Polski w każdym miesiącu w ciągu roku. Szukałem dokładnie tych samych hoteli, co w ofercie biura podróży.

Co się okazało? W żadnym wypadku nie udało mi się znacząco obniżyć ceny wyjazdu przy organizowaniu wczasów na własną rękę. Albo wychodziło drożej, albo nieznacznie taniej – różnice naprawdę minimalne. Powtórzyłem operację dla trochę bliższych kierunków – Hiszpania kontynentalna i Wyspy Kanaryjskie – dokładnie to samo. Nie opłacało się.

Czyli z biurem podróży jednak taniej?
Po pierwsze trzeba wziąć pod uwagę, że wybrałem najpopularniejsze i najlepiej ocenione wycieczki z portalu wakacyjnego – czyli najprawdopodobniej też z najlepszym stosunkiem cena/jakość. Istnieje masa wycieczek, które są znacząco przepłacone w biurach podróży, i spokojnie można zorganizować je taniej samemu. Po chwili szukania znalazłem niejedną znacząco przecenioną wycieczkę (ale naprawdę nie ma reguły).

Po drugie – przecież nie musimy wybierać dokładnie tego samego hotelu, co biuro podróży. Z łatwością można znaleźć hotele dużo tańsze, niż te wybrane przez organizatorów, a w bardzo podobnym standardzie.

Do czego dążę?

Do tego, że według mnie nie da się zrobić rzetelnego porównania wczasów na własną rękę z wczasami z biura podróży. Ktoś woli zrobić sobie wycieczkę objazdową – nocować codziennie w innym miejscu. Ktoś woli ten hotel, ktoś inny, ktoś chce all-inclusive, ktoś woli próbować dań z lokalnych restauracji. Próbowałem jakoś podzielić to na kategorie, na kraje, na rodzaje wyjazdów… Nie da się.

Jest zbyt dużo zmiennych, które trzeba wziąć pod uwagę, i zbyt dużo z nich jest naprawdę bardzo subiektywnych – takich jak chociażby… termin wycieczki, czy miejsce, do którego się udajemy. To, czy wystarczy Ci bagaż podręczny, czy jednak potrzebujesz zabrać ze sobą dużą walizkę. Zamiast porównywać i kłócić się, jak lepiej zorganizować wakacje, trzeba zastanowić się…

Jak za wakacje nie przepłacić?
Bo skoro wiemy, że są wyjazdy z biur podróży, które mają ceny naprawdę korzystne, to jak się nie wkopać i nie przepłacić kilkunastu tysięcy? Albo co trzeba wziąć pod uwagę, gdy organizuje się taki wyjazd samemu? I skąd mamy wiedzieć, kiedy bardziej opłaci nam się pojechać na własną rękę, a kiedy z biurem podróży?

1. Zastanów się, jaki jest cel Twojego wyjazdu
Chcesz leżeć plackiem na plaży czy nad basenem, popijać drinki i odpoczywać na leżaku? Czy może zwiedzić cały kraj/wyspę, jeżdżąc z miejsca na miejsce? Musisz zastanowić się, na czym zależy Ci bardziej – wycieczka objazdowa z biurem podróży to dużo, dużo mniej załatwiania i organizowania, ale za to zero swobody. Coś za coś.

2. Mam na oku gotową wycieczkę – co teraz?
Świetnie! Teraz wejdź na wakacje.pl, travelplanet.pl i kilka innych, podobnych stron, i sprawdź, ile kosztują podobne wyjazdy. Może okazać się, że znajdziesz taki sam wyjazd, w tym samym terminie, ale dużo taniej, zwłaszcza, jeśli robiłeś research tylko w jednym biurze.

Kolejny krok to sprawdzenie cen przelotów i noclegów w miejscu, do którego się udajesz – zdarza się, że przebitki są spore, i okaże się, że możesz kilkoma kliknięciami zorganizować identyczne wakacje w identycznym terminie, za dużo mniejszą kwotę. Nieczęsto, ale jednak.

3. Pamiętaj o ukrytych kosztach!
Tak, często może wydawać się na pierwszy rzut oka, że zorganizowanie wczasów wychodzi nam dużo taniej, niż w biurze podróży. Ale trzeba rzucić okiem na mały druczek – na booking.com na przykład w niektórych państwach notorycznie w cenę noclegów nie są wliczane pewne koszta, które i tak trzeba ponieść. Np. na Malediwach dość często do końcowej ceny trzeba doliczyć ok. 12% podatku, 10% za obsługę w hotelu, a do tego 100-300$ za transfer, i już cena skacze nam znacząco.

Na ukryte koszty trzeba zwrócić również uwagę w biurach podróży – zdarza się, że końcowa cena nie obejmuje opłat za przewodników, cen wejściówek do różnych atrakcji, wiz, itp. itd.

Każdy przypadek jest inny
I o tym trzeba pamiętać, a nie bawić się w porównania, które często nie mają żadnego sensu. Bo jasne, że można spędzić rajski miesiąc na Bali bez biura podróży, i zrobić to kilka razy taniej, zwłaszcza, jak jest się cierpliwym, elastycznym co do terminów lotów, i można buszować wśród tanich guesthouse’ów na airbnb. Nikt tego nie neguje.

Z drugiej strony, jeśli biuro podróży oferuje dobre wakacje w odpowiadającym Ci terminie, a Ty chcesz po prostu odpocząć, to może okazać się, że szukanie biletów na własną rękę i podobnego hotelu skończy się wyższymi kosztami, i dodatkowo masą czasu spędzoną nad organizacją wyjazdu.

Mimo, że ostatni raz na zorganizowanym przez jakąś firmę wyjeździe byłem chyba w 2010 roku, to w żadnym wypadku nie krytykuję takiej formy zwiedzania świata. Po prostu na razie zdecydowanie bardziej cenię sobie elastyczność, którą mam, gdy organizuję wyjazd samemu. Każde rozwiązanie ma swoje dobre i złe strony – tylko w różnych proporcjach, i zależnie od okoliczności, te proporcje się zmieniają.

Pamiętaj, że nie jest tak, że najlepsze są wyjazdy z biurem podróży, czy te organizowane na własną rękę, czy te, na które zapraszają kluby podróżnicze. Najlepszy wyjazd to taki, który Tobie pasuje najbardziej – terminem, ceną i wszystkim, co czeka na Ciebie na miejscu.

--------------------------------------------

#zwtravel - mój tag autorski o tanich lotach, podróżach i moich przygodach.

Facebook | Blog | Instagram | Newsletter

Przejdź do wpisu

Dodany: 2017-11-28 09:38:28 | Ostatnio wołany: 2017-11-28 09:39:24



Dziś o moich pierwszych krokach z aplikacją Revolut - chętnie dowiem się, jak wyglądają Wasze doświadczenia z tą firmą :)

Link do wpisu na blogu

Odebrałem przesyłkę – w zwykłej kopercie odnalazłem eleganckie, małe pudełeczko, w którym znajdowała się moja nowa karta płatnicza. Zalogowałem się do aplikacji, i jednym kliknięciem aktywowałem nową kartę. Pyk po raz drugi – i szybko zamieniłem złotówki na euro. Bez prowizji. Poznajcie Revoluta!

Na trip po Ameryce Południowej leciałem ze zwykłymi kartami debetowymi. Podpiętymi do zwykłych kont bankowych w Polsce. To był duży błąd, wiele przez to się nacierpiałem, i wydałem jakieś 500 zł na same prowizje za wypłaty w bankomatach! Człowiek uczy się całe życie, a wtedy jeszcze w temacie płatności i obsługi bankomatów na świecie byłem trochę zielony. Trochę poczytałem i po prostu na pewne koszty byłem przygotowany – każda wypłata z bankomatu kosztowała mnie około 25 zł. Do tego opłaty za wymianę walut – zarówno w bankomatach, jak i przy płatnościach w terminalach, i za samą obsługę konta i karty zrobiła się naprawdę niezła sumka. Jak tego uniknąć?

Co nowego daje nam Revolut?
Z pomocą przychodzi nowa aplikacja, która jednocześnie jest bankiem w naszym telefonie – Revolut. Wystarczy zainstalować aplikację, i po kilku minutach mamy gotowe konto bankowe (w UK), wirtualne karty płatnicze oraz obsługę kilkudziesięciu walut na jednym koncie. Za darmo. Czy rzeczywiście jest tak różowo?

Początki
Aplikacja Revoluta zdecydowanie jest intuicyjna i prosta – to na pewno na plus. Po instalacji dosłownie po dwóch minutach mogłem wpłacić środki na swoje konto. Za pomocą karty płatniczej przelałem 100 zł – w kilkanaście sekund pieniądze widniały już na ekranie mojego telefonu.

Na początek jedyne co musimy zrobić, by korzystać z konta, to potwierdzić swoją tożsamość. Wystarczy zdjęcie prawa jazdy, paszportu lub dowodu osobistego + zdjęcie naszej twarzy, i po kilku minutach weryfikację mamy z głowy. Kilka kliknięć, i już jesteśmy na etapie zamawiania karty – nie bawiłem się w karty wirtualne (te, wraz z kodem CVV, czyli gotowe do płatności w internecie możemy mieć w kilka sekund), tylko od razu zamawiałem plastik.

Uwaga – kartę zamówić można wcześniej. Weryfikacja potrzebna jest do jej aktywowania.

Karta płatnicza obsługiwana jest tylko i wyłącznie przez MasterCard, co nie wszystkim musi pasować – aktualnie brak współpracy z firmą Visa. Do tego wydanie karty jest płatne – z tego, co się dowiedziałem, na początku było bezpłatne, później kosztowało 9 zł, teraz jest to 6 euro, czyli około 25 zł. Przy zamawianiu możemy wybrać dodatkowo śledzenie przesyłki (również płatne, co jest według mnie śmieszne – kolejne 6 euro), i po kilku-kilkunastu dniach karta znajdzie się w naszych rękach. U mnie miało być to 10 dni – i dokładnie po 10 dniach otrzymałem przesyłkę. Karta jest, karta działa, a waluty wymienia się… rzeczywiście bezproblemowo.

Zacznijmy od plusów
To, co jest najważniejsze – waluty wymieniamy rzeczywiście bezkosztowo. Aktualne przeliczniki można znaleźć na głównej stronie firmy (www.revolut.com), kursy są korzystniejsze od wszystkich kantorów internetowych i kont walutowych, jakie sprawdziłem. Trzeba tu zaznaczyć, że w weekendy kurs jest o 0,5-1% mniej korzystny, i warto o tym pamiętać – w ten sposób właściciele zabezpieczają się przed wahaniami kursu. Lepiej zamieniać pieniądze w tygodniu.

Kolejna sprawa – wypłaty z bankomatów. Wypłaty odbywają się rzeczywiście bezkosztowo, ale do pewnego limitu – 200 euro miesięcznie. Tutaj również mamy duży regres, jak w przypadku płatności za kartę – na początku nie było limitu, później wynosił 500 euro, aktualnie jest to 200 euro, i raczej nie zanosi się na to, by spadł jeszcze niżej. Powyżej tej kwoty płacimy 2% prowizji.

Szybkie, bezpłatne przelewy międzynarodowe. To kolejna zaleta aplikacji – między użytkownikami aplikacji pieniądze przelewamy w kilka sekund, ale to nie wszystko. Możemy dokonywać przelewów na konta w innych krajach za darmo – albo korzystać z szybkich przelewów międzynarodowych za dużo niższą opłatą, niż w bankach. I patrząc na to, co oferuje Revolut, a co oferują banki – tutaj ogromny plus dla aplikacji.

Naprawdę wygodna i intuicyjna aplikacja – to kolejna zaleta, apki w ogóle nie trzeba się uczyć, wszystko jest jasne od początku. Z łatwością zamówisz nową kartę, zablokujesz/odblokujesz już istniejącą, włączysz czy wyłączysz dowolną funkcję karty. Do tego łatwo możesz śledzić swoje wydatki, wykonywać przelewy, czy skontaktować się z obsługą klienta – bajka. Jest estetycznie, prosto i funkcjonalnie – tak, jak powinno być.

A co jest nie tak?
Na pewno kiepska oferta Premium. Miało być ekskluzywnie, na razie wychodzi słabo. Za konto premium musimy zapłacić 30 zł miesięcznie, a w zamian dostajemy… 400 zamiast 200 euro do wyciągnięcia za darmo z bankomatu, darmową kartę Premium (oszczędzamy 6 euro + ekspresowa wysyłka + ładniejsza karta), ubezpieczenie zdrowotne i darmowe ekspresowe przelewy międzynarodowe. Niby tego dużo, ale wszystko jakieś takie na siłę i wygląda bardziej jak zagrywka marketingowa. No bo ile zwykły użytkownik potrzebuje miesięcznie ekspresowych przelewów międzynarodowych?

Do tego niestabilne koszty i limity. Już o tym wspominałem, ale warto wspomnieć raz jeszcze – najpierw wyciągaj z bankomatu, ile chcesz, zaraz tylko 500 euro, teraz już 200 euro. Do tego opłaty za kartę urosły bardzo szybko i znacząco. Ja byłem pewien, że pierwsza karta jest darmowa – i niemiło się zaskoczyłem, zamawiając ją przez aplikację.

Minusem jest również brak połączenia z polskim kontem. To zapewne kwestia czasu, ale fajnie by było, aby od razu można kierować pewne wpływy na revolutowe konto, zamiast robić to za każdym razem mechanicznie.

Ostatnia rzecz – masa błędów zgłaszanych przez użytkowników. Domyślam się, że jest to kwestia bardzo szybkiego wzrostu – ale jednak setki niepochlebnych komentarzy nie pozwalają w pełni zaufać Revolutowi. To problemy z kartą płatniczą, problemy przy rejestracji, problemy przy wpłatach, brak określonego czasu na zwrot środków przez firmę… Komentarzy jest zbyt wiele, by przejść obok nich obojętnie, choć wszystkie, z jakimi się spotkałem, mają co najmniej kilka tygodni. Widocznie wszystko idzie w dobrą stronę.

Korzystać, czy nie korzystać?
Ja dałem Revolutowi szansę. Wiadomo, że nie ma nic za darmo – dlatego w pełni rozumiem limity narzucone przez firmę. Tak czy inaczej opłaty są w pełni do przyjęcia w porównaniu do ofert rodzimych banków – choć ja nastawiam się na korzystanie z karty tylko podczas wyjazdów zagranicznych. Przykładowo wyciągnięcie równowartości 500 zł z bankomatu w Brazylii, już po przekroczeniu darmowego limitu, kosztowałoby mnie 10 zł. Przy użyciu karty ING płaciłem 25 zł, a do tego traciłem na niekorzystnym kursie.

Na pewno warto spróbować – nawet na początek, nie zamawiając fizycznej karty, by przekonać się, jak wiele możemy zaoszczędzić na bezkosztowym konwertowaniu walut. Choć patrząc na głosy z internetu, na pewno na początku nie zaufam aplikacji w 100% – zawsze będę mieć w pogotowiu drugą kartę i trochę gotówki, gdyby nowa karta akurat odmówiła posłuszeństwa.

Ale jak na razie jest całkiem dobrze – karta dotarła, waluty wymieniam, płacić mogę – poważniejsze testy nadejdą w Hiszpanii oraz Azji. A Wy jak radzicie sobie z płatnościami za granicą?

--------------------------------------------

#zwtravel - mój tag autorski o tanich lotach, podróżach i moich przygodach.

Facebook | Blog | Instagram | Newsletter

Przejdź do wpisu

Dodany: 2017-11-25 19:40:30 | Ostatnio wołany: 2017-11-25 19:41:45



Dziś o komunikacji lotniczej Polska - Norwegia, gdzie dolecimy, ile zapłacimy za bilety, i co czeka nas na miejscu. Zakochajcie się jak ja w tym pięknym kraju, do którego dolecimy już od... 30 zł ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Link do wpisu na blogu

Norwegia, według rankingu portalu money.pl jest najdroższym państwem świata, a paradoksalnie, jest jednym z państw, do których z Polski dolecimy najtaniej. Dlaczego warto wziąć pod uwagę Norwegię przy planowaniu urlopu? Bo, standardowo, wysokich cen można uniknąć, a z mojego doświadczenia jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Możemy spodziewać się chociażby takich widoków:

O Norwegii można pisać i pisać, starczyłoby materiału na dziesiątki wpisów, ale dziś nie jest na to czas. Dziś opowiem pokrótce, dokąd w Norwegii dolecimy z Polski, za jakie pieniądze, i po co w ogóle tam lecieć.

Tromsø

Jedyne połączenie obsługiwane przez tanie linie do tego miasta w Europie to lot węgierskimi liniami z Gdańska. Miasto położone setki kilometrów za kołem podbiegunowym, a mimo wszystko zima nie jest tu straszna. Tromsø położone jest tuż nad Morzem Norweskim, przez co zimą temperatura oscyluje w okolicach 0 stopni. Dużo ciekawsze jest położenie miasta – dzięki temu, że znajduje się tak wysoko na mapie Europy, możemy tu doświadczyć zjawiska dnia i nocy polarnych – między listopadem a styczniem słońce ani na chwilę nie wznosi się ponad horyzont, za to latem dzień trwa nieprzerwanie przez prawie dwa miesiące. Takie warunki dają zimą fantastyczne możliwości polowania na zorzę polarną – choć obszar okołoarktyczny skrywa wiele więcej różnych atrakcji.

Do Tromsø dolecimy już od 225 złotych.

Lista połączeń Gdańsk – Tromsø

Haugesund, Stavanger i Bergen – Norwegia Zachodnia

Haugesund i Stavanger - lotniska te są bardzo blisko siebie. Bardzo dobry dojazd mamy z nich do największej atrakcji w okolicy – czyli pięknego punktu widokowego Preikestolen. Same miasteczka są bardzo urokliwe, a na zachodzie Norwegii znajduje się od groma pięknych fiordów. Z Bergen natomiast łatwiej dojechać do najbardziej znanego chyba widoku w Norwegii – pięknej Trolltungi.

Ogólnie zachodnia część Norwegii podobała mi się najbardziej pod względem krajobrazów – są rewelacyjne. Z Bergen do Oslo jeździ też kolej – ponoć najpiękniejsza trasa kolejowa na świecie.

Do powyższych miast dolecimy odpowiednio:

Haugesund – z Gdańska, od 81 zł (kliknij, by zobaczyć loty)
Stavanger – z Gdańska, Szczecina i Katowic, od 80 zł (kliknij, by zobaczyć loty)
Bergen – z Gdańska, Szczecina, Katowic i Warszawy, od 81 zł (kliknij, by zobaczyć loty)

Oslo – stolica kraju
Najlepiej skomunikowane z Polską miasto – Ryanair ma tutaj 4 trasy do Polski, Wizz Air natomiast aż 7 połączeń. Wszystkie połączenia niskobudżetowe trafiają na lotnisko w okolicach stolicy – Sandefjord Torp, oddalone od miasta o niecałe 100 kilometrów. Tanio dolecimy jeszcze Norwegianem – chociażby ze Szczecina, którego samoloty lądują na głównym lotnisku, Oslo Gardermoen, położonym ok. 40 km na północ od stolicy.

Co robić w Oslo? Nie jest to wielkie miasto, ale jednak mieszka tam ponad 600.000 osób. Jest parę ładnych miejsc, stolica jest zadbana, ale mnie nie zachwyciła – trochę pozwiedzałem i ruszyłem dalej, na podbój przyrody.

Loty do Oslo znajdziemy już od 30 złotych – poniżej lista połączeń:

Loty Polska – Oslo

Bardziej na północ – Trondheim, Molde i Alesund

Jeśli miałbym polecić któreś z tych trzech miast, zdecydowanie byłobyto Alesund. Pięknie położona mieścina, mała, bardzo urokliwa. W Molde nie byłem, a przez Trondheim tylko kilka razy przejeżdżałem. Alesund i Molde leżą nad fiordami, do tego położone są trochę bardziej na północ, co odrobinę zwiększa szanse na zorzę polarną – spokojnie można ją tam zaobserwować, choć nie nastawiałbym się na jakieś wielkie szanse przy kilkudniowej wycieczce.

Do każdego z tych miast dolecimy tylko z Gdańska linią Wizz Air (od 80 zł) – dodatkowo trasę Trondheim – Kraków obsługuje Norwegian.

Kliknij, by zobaczyć połączenia

Kristiansand – południowa Norwegia
Niestety – południowa Norwegia to praktycznie jedyna część tego kraju, w której nie byłem. Przejechałem Norwegię wzdłuż od wysokości Oslo na północ, byłem na zachodzie i północnym zachodzie, ale nie na południu – jakoś zawsze było mi nie po drodze. Ale dolecieć można z Gdańska – pewnie niedługo i na mnie przyjdzie czas. Bilety już od 80 zł, standardowo Wizz Airem z Gdańska.

Kliknij, by zobaczyć połączenia

Jak widać, Norwegia jest świetnie skomunikowana z Polską. Bilety na wszystkie połączenia, oprócz dalekiej północy, znajdziemy już od 80 zł albo taniej. Za to drogo jest na miejscu – na to trzeba się nastawić. Jak zredukować koszty na wyjeździe do Norwegii?

Przede wszystkim noclegu szukać na Airbnb – ceny apartamentów są dużo niższe niż hoteli, i wiele miejsc do spania można znaleźć w cenie naprawdę atrakcyjnej. Poza tym uważnie rozglądać się w sklepach, i korzystać ze sklepów dyskontowych – prawda, że bochenek chleba potrafi tam kosztować 40-50 zł, ale są też całkiem normalne, świeżo pieczone chleby w cenie 3,50 zł. W sklepach panuje ogromny rozrzut cen i śmiało można znaleźć coś dla siebie – choć trzeba się liczyć z tym, że będzie drożej, niż w Polsce.

Mimo cen warto – to jedyna rzecz, która jest na nie. Kraj jest przepiękny – przyroda Norwegii jest po prostu niesamowita.

Pojechałem tam pierwszy raz w 2014 roku i od tej pory wracam co rok. Zdecydowanie warto.

--------------------------------------------

#zwtravel - mój tag autorski o tanich lotach, podróżach i moich przygodach.

Facebook | Blog | Instagram | Newsletter

Przejdź do wpisu

Dodany: 2017-11-21 18:17:51 | Ostatnio wołany: 2017-11-21 18:18:56



Parę słów na temat tego, jak zwiedzić Islandię bez wydawania fortuny - parę opcji, które pozwolą pozachwycać się tą wyspą bez tak wielkiego uszczerbku w budżecie (choć i tak szału nie ma - cholernie tu drogo). Link do wpisu na blogu - ze zdjęciami

Kiedyś Islandia dla większości była krajem całkowicie nieosiągalnym – daleko, mroźno, bilety kosmicznie drogie, a i po co w ogóle tam jechać? Islandczycy żyli sobie dość biednie, ale spokojnie. Aż przyszedł boom na tę wyspę, który rósł i rośnie systematycznie. Powoli pojawiało się tam więcej turystów, dużo rozgłosu przyniósł też wybuch wulkanu Eyjafjallajökull w 2010 roku i duża liczba scen z Gry o Tron kręconych właśnie na Islandii.

Efekt? Ponad dwa miliony turystów w 2017 roku, gdy liczba mieszkańców na wyspie to około 300 tysięcy! Przyjeżdżają tu wszyscy – Amerykanie, Azjaci, Hindusi, Europejczycy. Zwiedzają, biwakują, eksplorują, robią sesje ślubne (poczytaj również – 8 powodów, dla których warto odwiedzić Islandię). A że popyt jest ogromny, to wraz ze wzrostem turystyki, rosną również ceny. Dość, że tygodniowa wycieczka z Itaką kosztuje 8 tysięcy złotych. Bez wyżywienia! Żeby pobujać się z biurem podróży przez tydzień na Islandii i nie umrzeć z głodu trzeba zapłacić 10 tysięcy złotych. Wiadomo, że biuro przycina swoją prowizję – ale cena wycieczki dobrze oddaje ceny na wyspie.

Dziś parę słów o tym, jak zwiedzić Islandię i jednocześnie nie zbankrutować – czyli co zrobić, by zaoszczędzić sporo, nie tracąc prawie nic.

Przyjedź poza sezonem!
I w zasadzie tutaj ten tekst mógłby się skończyć, a i tak byłby dość dobrym poradnikiem. Ścisły sezon turystyczny na Islandii to dwa miesiące pomiędzy 15 czerwca a 15 sierpnia. Wtedy jest największy tłok i największe ceny, choć corocznie okres ten chyba się wydłuża – spokojnie wydłużyłbym go do początku września.

Wynika to przede wszystkim z pogody – w okresie letnim najłatwiej trafić jest na dobrą pogodę, średnia temperatura dzienna to ok. 13 stopni. Do tego trwa okres białych nocy, więc można naprawdę długo zwiedzać, a słońce potrafi świecić ponad 20 godzin na dobę.

Wariactwo cenowe naprawdę jest wielkie – gdy w maju rezerwowałem pokój w Guesthousie w Reykjaviku, płaciłem za niego 50 euro, w czerwcu ten sam pokój kosztował już ponad 120 euro. Ceny skaczą niemiłosiernie, i dotyczy to wszystkich usług – wynajęcie samochodu w grudniu to koszt od ~25 euro za dobę, ten sam samochód w lipcu kosztuje już od 75 euro – i to z prawie rocznym wyprzedzeniem.

I choć pogoda poza sezonem rzeczywiście bywa gorsza, to nigdy nie ma pewności, że w lipcu będzie ładnie – może lać cały tydzień, i nikogo nie powinno to dziwić. A Islandia w innych miesiącach również ma swój niepowtarzalny urok, jest dużo mniej ludzi, dzięki czemu zwiedza się przyjemniej. No i w miesiącach letnich brakuje jednego – sezon na zorzę polarną zaczyna się dopiero pod koniec sierpnia. Wcześniej jest po prostu za jasno.

Noclegi na Islandii
Najpierw trzeba się zastanowić, w jaki sposób masz zamiar spać na Islandii. O dziwo, całkiem popularne jest przemierzanie wyspy z namiotem – czy to przyczepionym do plecaka, czy schowanym w bagażniku samochodu. Pola namiotowe są w sezonie gęsto pokryte małymi, materiałowymi domkami, a jeśli zamierzasz zwiedzać interior, czyli dziką, rzadko odwiedzaną głębszą część wyspy, to w sumie tylko namiot Ci pozostaje.

Islandia z namiotem
To bardzo przyjemny sposób na zwiedzenie wyspy, ale wymagający odpowiedniego przygotowania – na Islandii jest zimno, zwłaszcza w nocy, i trzeba wziąć to pod uwagę, kompletując sprzęt. Nocowanie na dziko jest zabronione – oprócz dłuższych szlaków trekkingowych, których przejście trwa kilka/kilkanaście dni.

Co warto wziąć pod uwagę? Na pewno produkt Campingcard, który może znacząco obniżyć koszty pobytu na Islandii. Karta kosztuje niemało, bo 149 euro, ale ważne jest do 15 września roku, w którym ją zakupiliśmy, i daje możliwość nocowania za darmo na wszystkich polach namiotowych wskazanych na stronie internetowej. W cenie karty dostajemy 28 noclegów dla dwóch dorosłych osób i maksymalnie czwórki dzieci! Więcej informacji na stronie Campingcard:

http://www.campingcard.is

Czy jednak wygodniej – bez namiotu?
Baza noclegowa na Islandii jest dość bogata, ale wydaje mi się, że wciąż trochę niewystarczająca – często w niektórych miejscach po prostu brakuje łóżek. Na pewno takim miejscem jest południowa część wyspy, gdzie właściciele mogą rzucać zaporowe ceny, a guesthouse’y i tak w sezonie mają pełne obłożenie.

Na pewno warto w przypadku wyjazdu rezerwować noclegi z wyprzedzeniem – sam tego nie lubię i wolę szukać czegoś do spania będąc już na miejscu, ale w niektórych wypadkach po prostu warto. W sezonie na Lanzarote też miałem ten problem – po prostu 99% pokojów było niedostępnych, i musiałem przemieszczać się po kilka/kilkanaście kilometrów, by mieć dach nad głową.

Oprócz bookingu – koniecznie przejrzyj również Airbnb. Dużo miejscowych udostępnia tam pokoje w swoich własnych domach w korzystniejszej od hotelowych cenie, do tego możemy dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy od mieszkańców wyspy. Jeśli jeszcze nie korzystałeś z Airbnb – tutaj znajdziesz mój poradnik do korzystania z tego portalu, a w tym miejscu możesz odebrać 100 zł zniżki na pierwszą rezerwację – wtedy ja również otrzymam zniżkę.

A jak z jedzeniem?
Wziąłem ostatnio obiad w Viku – w żadnej restauracji, tylko w food courtcie – nakładasz jedzenie i idziesz zjeść do stolika. Za prosty obiad zapłaciłem ponad 3000 koron, około 120 zł. Ogólnie ceny na mieście nie są zbyt wesołe – obiad to wydatek rzędu 80-200 zł za osobę, ale śmiało można wydać więcej. Usługi na Islandii są po prostu bardzo drogie, i z tym trzeba się liczyć, przyjeżdżając tu w celach turystycznych.

Alternatywą jest gotowanie samemu – wiele guesthouse’ów, hosteli i hotelików zaopatrzonych jest w kuchnię, dzięki czemu można swobodnie przygotować sobie wszystkie potrzebne posiłki. Ceny w sklepach są dużo lepsze, niż mogłoby się wydawać, więc w ten sposób na pewno nie zbankrutujemy, i nie będzie trzeba targać ze sobą reklamówki jedzenia z Polski. Najpopularniejszymi sklepami są Krónan i Bonus, znaleźć je można również w miejscowościach, gdzie liczba mieszkańców wynosi grubo poniżej tysiąca.

A jak z cenami w sklepach? Zapraszam do wpisu pt. Ceny na Islandii.

Jak się tu dostać, i jak poruszać się na miejscu
Transport na Islandię to jedna z tańszych rzeczy w kosztach całej wycieczki. Z Polski lata masa samolotów firmy Wizz Air – na ten moment dolecimy do głównego lotniska z Wrocławia, Gdańska, Warszawy oraz Katowic, a także z pobliskiej Rygi czy Wilna. Bilety można kupić zimą nawet od 150 złotych, więc tutaj, jeśli jesteśmy w miarę elastyczni, można bardzo łatwo zaoszczędzić sporą kwotę. Nawet w sezonie bilety potrafią kosztować 300-400 zł kupione z odpowiednim wyprzedzeniem (mowa oczywiście o biletach w 2 strony). Do porównania cen polecam gorąco wyszukiwarkę Azair, najtańsze bilety znajdziecie także w zakładce Dzisiejsze Promocje.

A co z transportem na miejscu?

Teoretycznie są jakieś autobusy (jakoś jeden dziennie, i to nie wszędzie, i nie zawsze), można też latać samolotami (małe islandzkie linie lotnicze i malutkie lotniska rozsiane po całym kraju). Ale tak naprawdę jedyną sensowną opcją jest wypożyczenie samochodu. Jeśli nie zamierzasz opuszczać głównego turystycznego szlaku, czyli drogi krajowej nr 1, to niepotrzebne Ci żadne samochody 4×4 – zwykły Hyundai i20 z wypożyczalni jak najbardziej wystarczy.

Wypożyczenie samochodu na Islandii wiąże się z posiadaniem karty kredytowej – koniecznej do zablokowania depozytu, czyli kaucji. 99% firm wymaga karty kredytowej i jeśli jej nie posiadasz, nie wypożyczy samochodu. Jeśli takowej nie posiadasz – mogę polecić firmę Geysir – można zostawić u nich depozyt w gotówce, wszystko przebiega bezproblemowo, ale wypożyczenie jest nieco droższe. Jeśli karta nie jest przeszkodą – śmiało wyszukaj samochód na https://www.kayak.ie/cars/.

Jeszcze jako ciekawostka w kwestii transportu – bardzo popularny na Islandii jest autostop, i działa rewelacyjnie. Non stop spotykam ludzi z tabliczkami i wyciągniętymi kciukami, wiele osób podrzuciłem, sam kilka razy przemieszczałem się w ten sposób. Nic strasznego, tylko pogoda nie zachęca!

To ile przygotować tych pieniędzy?
No właśnie. Wiadomo, że jest to kwestia bardzo indywidualna. Sam wiesz najlepiej, co, gdzie i w jakich ilościach będziesz jeść, gdzie chcesz nocować, w jakim standardzie. Jeśli chcesz zaoszczędzić i załapać się na zorzę – koniecznie leć poza sezonem. Islandia wtedy jest też piękna, ludzi mniej, a atrakcje te same. Kompromisem jest maj – pod koniec tego miesiąca wszędzie jest już pięknie zielono, jest mnóstwo małych owieczek, a ludzi wciąż stosunkowo mało i ceny wciąż przystępne.

Główną zaletą Islandii jest to, że praktycznie wszystkie atrakcje turystyczne są darmowe. Wstęp do parków narodowych, na wszelkie wodospady, czy parkingi wokół są bezpłatne (oprócz dwóch wyjątków – krater Kerid i parking przy wodospadzie Selandjafoss), co się chwali.

Wiesz już wszystko na temat cen i tego, co potrzebne Ci będzie na miejscu. Teraz wszystko w Twoich rękach – wybierz termin, oszacuj koszty i ruszaj zwiedzać tę piękną wyspę!

--------------------------------------------

#zwtravel - mój tag autorski o tanich lotach, podróżach i moich przygodach.

Facebook | Blog | Instagram | Newsletter

Przejdź do wpisu

Dodany: 2017-11-16 09:40:55 | Ostatnio wołany: 2017-11-16 09:41:26



– Hej, sprawdź szybko swoje konto. Z mojego ktoś właśnie próbował wypłacić kilkaset dolarów w bankomacie… w Chicago.

Taką informację dostałem od kolegi, z którym pół przypadkiem spotkałem się na drugim końcu świata – tak się złożyło, że w tym samym czasie odwiedzaliśmy wodospady Iguazu na granicy Argentyny i Brazylii. Na miejscu był podejrzany bankomat, który niby działał, ale jednak nikomu z nas nie wypłacił pieniędzy…

Link do wpisu na blogu

Miło pisze się o tych wszystkich pięknych miejscach, miłych przedstawicielach innych narodów, którzy umilają zwiedzanie świata. I zazwyczaj pisze się o tych dobrych stronach – bo taka właśnie jest większość podróżowania. To świetny czas, podczas którego wypoczywamy (może nie zawsze fizycznie, ale na pewno psychicznie), fascynujemy się nową kulturą, poznajemy nowe miejsca, oglądamy piękne widoki. Niestety, co jakiś czas jest też mniej różowo. Nieświadomy pewnych rzeczy turysta, często nieznający miejscowego języka, miejscowych obyczajów i zagrożeń, to łatwy łup dla różnej maści rzezimieszków. A także sami często pakujemy się w kłopoty zupełnie niezwiązane z innymi ludźmi. Trafiamy na dzikie zwierzęta. Zbaczamy ze szlaków, gubimy się. I o tym właśnie jest dzisiejszy wpis – o zagrożeniach, które czekają na nas w podróży.

Wypłata pieniędzy w Chicago
Spotkaliśmy się ze znajomymi przed naszym hotelem, ruszyliśmy taksówką, i po krótkiej podróży i przekroczeniu granicy byliśmy już pod wejściem do Parku Narodowego, gdzie położone są słynne wodospady. Jechaliśmy z Brazylii, a byliśmy po stronie argentyńskiej, i co się okazało? Nie można na miejscu zapłacić ani w brazylijskich realach, ani w amerykańskich dolarach, nie można zapłacić kartą płatniczą, ani nie ma na miejscu żadnego kantoru. Jest za to bankomat. Wszystko to wyglądało lekko podejrzanie, ale może po prostu głupio? To takie południowoamerykańskie, typowa olewka. Próbujemy w takim razie wyciągnąć pieniądze z bankomatu. Jedna karta, druga, trzecia, nikomu się nie udało. Ochrona wpuściła jedną osobę na teren parku, tam znajdował się drugi bankomat, tam wszystko poszło już gładko. Zapłaciliśmy, zwiedziliśmy, a wieczorem napisał do mnie kolega wiadomość, którą mogłeś przeczytać na samym początku…

Drżącymi rękami sięgnąłem po komputer. Wprawdzie miałem ustalone limity na karcie, mało pieniędzy na koncie podpiętym do karty, wszystkie środki bezpieczeństwa w miarę zachowane – ale i tak się bałem. W momencie, gdy logowałem się na konto, doszedł SMS z banku. Że ktoś właśnie próbował dokonać podejrzanej wypłaty z bankomatu, bank w porę zareagował, zablokował wypłatę, i wszystko jest w porządku. Tylko karta nadaje się do śmieci.

Tyle dobrego – ale przed nami 3 tygodnie w Ameryce Południowej, a na samym starcie straciliśmy pierwszą kartę. Jeszcze jedna taka akcja i zostaniemy bez dostępu do konta.

Co się okazało?
Okazało się oczywiście to, co podejrzewałem od momentu, gdy próbowałem skorzystać z bankomatu przed parkiem. Wyposażony musiał być w jakieś nakładki skanujące karty, za to dobrze ukryte – zawsze jestem nadwrażliwy i staram się zwracać uwagę na takie rzeczy. Ktoś poskanował nasze karty płatnicze, i jeszcze tego samego dnia wieczorem próbował wypłacić z nich pieniądze w jakimś bankomacie… w Chicago. Na szczęście w żadnym przypadku złodziejom się to nie udało – tutaj trzeba pochwalić, że zarówno mBank, Alior i ING zachowały się celująco i w porę zablokowały karty.

Patrz, którędy idziesz w Argentynie
Przenosimy się setki kilometrów dalej. Resistencia, duże miasto, liczące około 400 tysięcy mieszkańców. Po całonocnej podróży autokarem było to moje pierwsze zderzenie z prawdziwą Argentyną – wcześniej przesiedziałem tylko kilka godzin na dworcu przy granicy w oczekiwaniu na autobus. Niby coś czytałem przed wyjazdem, pooglądałem trochę zdjęć, ale nie da się poznać danego kraju, nie będąc w nim. Potrzebowałem przemieścić się kilka kilometrów, było ciepło, wraz z narzeczoną stwierdziliśmy, że przejdziemy się pieszo.

Ruszyliśmy, i powoli oswajaliśmy się z południowoamerykańską rzeczywistością. Gorąco, parno, przede wszystkim głośno – miejscowi bardzo lubują się w używaniu klaksonu. Przemierzaliśmy miasto, kierując się coraz bardziej na obrzeża, prowadzeni przez GPS w telefonie. Zrobiliśmy przerwę w sklepie, małe zakupy, trochę odpoczynku w cieniu, wyłapywaliśmy zaciekawione spojrzenia Latynosów, chyba nieprzyzwyczajonych do turystów.

Przedmieścia
Trafiliśmy na przedmieścia – dużo było tu małych domków poprzecinanych żwirowymi drogami. Bardzo mało ludzi, wszyscy kryli się przed słońcem. Osiedla były miłą odmianą po brazylijskich miasteczkach – żadnych wielkich płotów, zasieków, drutów kolczastych. Kontynuowaliśmy spacer, powoli zbliżaliśmy się do celu, i na początku nikt za bardzo nie zwracał na nas uwagi. Ale im dłużej szliśmy przez osiedla, tym więcej spotykaliśmy ludzi. Już nas nie ignorowali – przerywali swoje czynności i zaczynali się w nas wpatrywać. Ścieżki robiły się coraz węższe, domków nie nazywałbym już domkami, a budowlami o nieokreślonych kształtach, wykonanych z mieszanki cegły i blachy falistej, bardziej przypominające altanki. Stare samochody bez drzwi, coraz więcej młodych ludzi, gniewnie wlepiających w nas swoje oczy.

Atmosfera gęstniała, zgęstniała tak, że można by kroić ją nożem. Z każdym krokiem przyspieszaliśmy, bez gwałtownych ruchów, by tylko nie przerwać rosnącego napięcia – nie przerwać tak, by jego siła nie skupiła się na nas. Szliśmy przed siebie – telefon dawno już leżał w mojej kieszeni, a w drugiej kurczowo ściskałem buteleczkę z gazem pieprzowym, mając nadzieję, że nie będę musiał jej wyjmować, bo wtedy nie wiem, jakby wszystko się skończyło. Ktoś już zaczął powoli za nami iść, ale nie obracałem się, by sprawdzić kto. Słyszałem kroki, ale gnałem przed siebie, by tylko wyrwać się z tego labiryntu, a jednocześnie szedłem na tyle powoli, by nikogo do niczego nie sprowokować. W takich momentach serce bije dużo szybciej, a czas płynie dużo wolniej. Jeden zakręt, drugi, trzeci…

I nagle koniec. Po prostu urwały się domki, wyszliśmy na szeroką drogę bez asfaltu, a kawałek dalej widać było już główną ulicę, do której zmierzaliśmy. Obróciłem się za siebie: cisza, spokój, nikogo nie ma. Przysiągłbym, że sekundę temu ktoś jeszcze za nami szedł, a na pewno jechał też jeden chłopak na rowerze.

Uff… Ważne, że skończyło się na strachu.

Nie zawsze ufaj mapie, GPS-owi, oraz…
San Salvador de Jujuy, kolejne miasto na naszej argentyńskiej trasie. Tutaj już mijane slumsy nie robiły na nas żadnego wrażenia – po prostu omijaliśmy je z boku, dobrze widząc różnicę między miejscami, w które lepiej się nie zapuszczać, a tymi, którymi można spacerować bezpiecznie. Warunek był jeden – nie łazić po zmroku.

Zmierzaliśmy do zarezerwowanego na Airbnb pokoju, kierując się, a jakże, wskazówkami z telefonu. Słońce powoli zachodziło, ale do celu mieliśmy 10 minut, a okolica wyglądała bardzo przyjemnie, więc nikt się niczym nie stresował. Problem zrobił się na miejscu, gdy jedna mapa pokazywała, że jesteśmy u celu, a druga, że musimy wczłapać się na pobliskie wzgórze (rzeczywiście, była tam jakaś ścieżka). Jako że w miejscu, w którym staliśmy, nie było nic, co mogło przypominać nasze miejsce z Airbnb, więc ruszyliśmy pod górę. Z daleka widzieliśmy jakiś starszy budynek, który nawigacja oznaczyła jako nasz B&B, więc ruszyliśmy dalej.

Podchodzimy – rudera. Postanowiłem obejść nieruchomość i wrócić. Gdy byłem mniej więcej w połowie, nagle wybiegły na mnie… cztery psy. Przerażające, ujadały, jak wściekłe, przekrzykiwały się nawzajem, pokazywały swoje niemałe kły, i coraz bardziej się zbliżały. Wyjąłem gaz, ale wiedziałem, że nie mam szans z czwórką zwierzaków. Nie mogłem nic wymyślić, po prostu celowałem w nie, i powoli się cofałem, cały czas będąc przodem do zwierząt. W tamtym momencie byłem absolutnie pewien, że mnie rozszarpią. Myślałem sobie „trudno, chociaż powalczę”, ale byłem przekonany, że w końcu któryś z nich ruszy jako pierwszy, reszta za nim, i będzie po mnie. Nie było tam nikogo, tylko te cztery wściekłe psy i opuszczony dom. I w momencie, gdy byłem już u szczytu paniki i chciałem spróbować ucieczki, po prostu odpuściły. Momentalnie wszystkie ucichły, odwróciły się, odeszły kilkanaście metrów, przysiadły i patrzyły. Zeszliśmy na dół, to chyba nie było nasze miejsce do spania.

…poradom miejscowych
Postanowiłem zapytać o ten hotel/hostel/apartament kogoś z miejscowych. Na ławce siedziała pewna kobieta, która od razu wiedziała, o jaki hotel chodzi, kazała poczekać na autobus, i że nam pomoże. Wytłumaczyła wszystko kierowcy, który miał dać znak, kiedy będzie trzeba wysiadać. Trochę nie zgadzało mi się to z mapami, ale… wsiedliśmy w autobus. Kilkanaście minut później i kilka kilometrów dalej wysiedliśmy. Chodzę, szukam, pytam ludzi – nikt nic nie wie. W końcu znalazłem taksówkarza. Powiedział, że nas zawiezie.

Zawiózł. Pod sam apartament. 20 metrów od przystanku, na którym wsiadaliśmy do autobusu.

Wszystkie te sytuacje zdarzyły mi się na jednym tylko wyjeździe, trzytygodniowej podróży po Ameryce Południowej. Takie same rzeczy dzieją się w każdym miejscu na świecie – skimmery na bankomatach są chyba wszędzie, dzikie psy są powszechne chociażby w Gruzji, a nieciekawe dzielnice to domena każdego większego miasta, ale nietrudno o groźne sytuacje w każdym mniejszym miasteczku. Może oprócz Islandii.

Jak sobie poradziliśmy? Po pierwszej sytuacji z bankomatem, postanowiliśmy używać karty tylko i wyłącznie w budynkach banków, pod czujnym okiem kamer. Do końca wyjazdu nic złego się nie stało. Slumsy omijaliśmy z daleka – w Resistencii i tak znaleźliśmy się w nich przypadkiem.

Bać się, czy się nie bać?
Trzeba być ostrożnym, ale grunt, to nie dać się zwariować. Po zakupie biletów do Brazylii zacząłem czytać co nieco w internecie, i byłem pewien, że w najlepszym wypadku skończę gdzieś w São Paulo całkiem ograbiony z pieniędzy i rzeczy, ale przynajmniej żywy. Okazało się oczywiście, że strach ma wielkie oczy – trzeba po prostu mniej więcej uważać na to, co się robi, i gdzie zapuszcza, a można śmiało przeżyć całe wakacje bezstresowo.

Mógłbym opisać tutaj o wiele więcej sytuacji – okradziono mnie z plecaka podczas pierwszej dłuższej podróży autostopem, gdy trafiłem na bitwę na noże w nieciekawej dzielnicy w szwedzkim Malmö… ale nie o to tu chodzi. Staram się przygotować do podróży jak najlepiej, ale czasem przegapię oczywistą oczywistość (jak arafatka w Izraelu), a czasem niebezpiecznych sytuacji uniknąć się, po prostu, nie da.

Pamiętaj – wiadomo, że może być niebezpiecznie, ale tak samo niebezpiecznie może być trzy ulice dalej pod złą klatką. Dlatego uważam, że jakie złe opinie nie krążyły by o danym kraju/miejscu, wszędzie da się pojechać, zwiedzić bez szwanku i wrócić w całości (poza przypadkami ekstremalnymi), byle odpowiednio się przygotować i zabezpieczyć.

Nie bać się i w drogę!

Za inspirację dziękuję użytkownikowi @Awkward_Tit, który poddał mi pomysł na ten wpis i napisał parę miłych słów :D

--------------------------------------------

#zwtravel - mój tag autorski o tanich lotach, podróżach i moich przygodach.

Facebook | Blog | Instagram | Newsletter

Przejdź do wpisu

Dodany: 2017-11-11 16:02:14 | Ostatnio wołany: 2017-11-11 16:02:55



Macie ochotę odwiedzić Brazylię - za 1600 zł? Dziś przegląd kilku ofert lotów czarterowych i parę pomocnych linków przy przeglądaniu czarterów.

Link do wpisu

Zaczyna się bardzo przyjemny okres na podróżowanie w ciepłe rejony. W Polsce ciemno, szaroburo i zimno, a my wylatujemy na wspaniałe Karaiby, do Azji czy nad Ocean Indyjski, by cieszyć się rajskimi plażami i świetną pogodą. Dlaczego jeszcze? Zima to świetny okres na wyłapywanie lotów czarterowych w ciepłe, piękne miejsca. Rok temu w listopadzie i grudniu non-stop pojawiały się oferty bezpośrednich przelotów z Warszawy na rajski Mauritius już za 999 zł – co czeka nas tym razem?

Warto śledzić kilka stron
Przy lotach czarterowych last minute najważniejszy jest czas reakcji. Widzisz świetną ofertę – zazwyczaj musisz zdecydować się na już. Bo zostały tylko dwa miejsca, albo wylot jest… jutro rano. Tak to zazwyczaj wygląda, bo im bliżej wylotu, tym niższą cenę oferują organizatorzy – zawsze lepiej sprzedać bilety taniej, niż lecieć z pustym fotelem, za który nikt nie zapłaci. Jakie więc strony warto śledzić?

Biuro podróży TUI
Bilety czarterowe Rainbow
eSky
Bilety czarterowe Itaka

To właśnie TUI serwowało w 2016 roku masę lotów czarterowych w świetnej cenie, zwłaszcza w grudniu. Z Rainbowem również trafiają się perełki – oferowali w te wakacje dużo lotów do Grecji z dnia na dzień w fantastycznych cenach, nawet w okolicach 20-30 zł! Przejrzyjmy aktualne promocje:

Z TUI możemy polecieć od 400 zł na Wyspy Kanaryjskie. To cena podobna do tej, jaką oferuje na ten okres Ryanair, ale tutaj w cenie mamy również bagaż rejestrowany, co jest dużym atutem. Za 499 zł możemy zabrać się również na Bliski Wschód – do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Bardziej egzotyczne kierunki, jak Dominikana czy Kuba na ten moment zaczynają się od 1800 zł.

Rainbow również oferuje Kanary za lekko ponad 400 zł – dokładnie 432 zł za lot na Teneryfę i z powrotem. A atrakcyjniejsze kierunki? Sri Lanka za 1500 zł, ale hitem na pewno jest Rio de Janeiro za 1600 zł. Nie jest to ultrapromocja, ale na pewno bardzo kusząca cena – wszak wylatujemy z Warszawy, i oczywiście bagaż rejestrowany wliczony mamy w cenę biletu. Copacabana w listopadzie? Czemu nie

Na stronie eSky znajdziemy loty na Lanzarote już za 300 zł w grudniu, Emiraty za ~500 zł, czy Turcję za ~600. Egzotyczne kierunki na ten moment bez szału. Jeśli chodzi o stronę Itaki, to sam za bardzo jej nie lubię – przeważają bilety w jedną stronę, i nie mam sił jej przeglądać. Podaję z obowiązku, ale nie polecam.

A może z Niemiec?
Jeśli mieszkasz blisko zachodniej granicy – czemu nie? Dużo ludzi lata Ryanairem z Berlina, bo często ma dużo korzystniejsze oferty. Warto rzucić okiem również na bilety czarterowe. Ja korzystam ze strony Lataj z Berlina, tutaj znajdziecie wykaz lotów z Niemiec:

Strona z czarterami z Niemiec

Na ten moment są takie perełki, jak choćby lot do Egiptu i z powrotem, wprost nad Morze Czerwone za… 50 euro. Ofert jest bardzo dużo, a na stronie można znaleźć także całe pakiety – oferty biur podróży.

Czemu loty czarterowe?
Warto rozglądać się za czarterami, ponieważ zazwyczaj w cenie biletu mamy wliczone wszystko, co potrzebne. Posiłek na pokładzie, i inne udogodnienia, ale również bagaż rejestrowany – dużo łatwiej będzie spakować się na wakacje. Pamiętaj, że loty czarterowe, tak samo jak wszelkie połączenia regularne, podlegają pod regulacje UE dotyczące odszkodowań – jeśli samolot się spóźni, czy zostanie odwołany, tak samo możesz starać się o odszkodowanie, więc nie ma czym się martwić.

Kiedy sprawdzać powyższe strony?
Najlepiej codziennie, tak z 2-3 razy. Wtedy nie powinno nic umknąć. No i trzeba być po prostu gotowym do wylotu dosłownie z dnia na dzień. I to tyle porad – udanego polowania!

--------------------------------------------

#zwtravel - mój tag autorski o tanich lotach, podróżach i moich przygodach.

Facebook | Blog | Instagram | Newsletter

Przejdź do wpisu

Dodany: 2017-11-08 14:03:30 | Ostatnio wołany: 2017-11-08 14:03:51



Cześć Mirki! Mam dzisiaj dla Was dwa wpisy - wrzucam na raz, nie chcę wołać dwa razy :) Pierwszy to lekko odświeżony wpis sprzed pół roku - bardziej na czasie, bo dotyczy odszkodowań za opóźniony/odwołany lot. Przydatny w razie problemów z Ryanairem ;) Drugi wpis to trochę o pieszych, dłuższych szlakach w Hiszpanii - konkretnie o Caminos Naturales, sam przemierzałem Lanzarote. Zapraszam do lektury!

Link do wpisu nr 1 - o odszkodowaniach

Wyobraź sobie taką scenkę: siedzisz na lotnisku, czekając na samolot powrotny do domu. Jesteś już zmęczony podróżą powrotną, odprawą i całym zamieszaniem organizacyjnym związanym z lotem powrotnym. Nagle pojawia się informacja, że lot będzie opóźniony kilka godzin. Pracownik przewoźnika informuje, że do odebrania będą vouchery o wartości 20 euro, i że przy odbiorze będzie trzeba coś podpisać. Zapala Ci się w głowie lampka – pewnie przysługuje mi odszkodowanie, a voucherem chcą mnie zbyć i sprawić, żebym się go zrzekł. Szybki research w internecie nie potwierdza, ani nie zaprzecza – informacje są sprzeczne. Co robić? Czas rozprawić się z kilkoma mitami na temat Twoich praw jako pasażera. Do dzieła!

Na początek – kogo dotyczą poniższe informacje?

DOTYCZĄ:
W przypadku lotów w obrębie UE obsługiwanych przez linie lotnicze z UE lub z kraju spoza UE
W przypadku lotów z kraju spoza UE do UE obsługiwanych przez linie lotnicze z UE
W przypadku lotów z UE do kraju spoza UE obsługiwanych przez linie lotnicze z UE lub z kraju spoza UE
UE oznacza 28 krajów UE, w tym Gwadelupę, Gujanę Francuską, Martynikę, Reunion, Majottę, Saint-Martin, Azory, Maderę i Wyspy Kanaryjskie oraz Islandię, Norwegię i Szwajcarię.

NIE DOTYCZĄ:
W przypadku lotów z kraju spoza UE odbywających się do UE i obsługiwanych przez linie lotnicze z kraju spoza UE
W przypadku już otrzymanych świadczeń (odszkodowanie, zmiana planu podróży, pomoc) na podstawie odpowiednich przepisów kraju spoza UE w związku z problemami dotyczącymi lotu
Do UE nie należą Wyspy Owcze, Wyspa Man i Wyspy Normandzkie.

Dane z tabeli pochodzą ze strony http://europa.eu/youreurope/citizens/travel/passenger-rights/air/index_pl.htm

Czyli, krótko mówiąc, przepisy, o których teraz będzie mowa, i o które chodzi zazwyczaj, działają tylko na terenie UE + kilku państw, które z UE ściśle współpracują. Nie mają absolutnie żadnego zastosowania w przypadku, gdy na przykład opóźni Wam się lot z Nowego Jorku do Sydney. Mogą mieć za to zastosowanie, gdy lecicie z NY do Frankfurtu z Lufthansą, ale nic Wam po nich, gdy na tej samej trasie polecicie z przewoźnikiem Qatar Airways. Wystarczy trzymać się powyższej tabelki i wszystko powinno być jasne.

Święte rozporządzenie unijne
Wszystko rozbija się tak naprawdę o jeden przepis – rozporządzenie UE nr 261/2004 z dnia 11 lutego 2004 roku, którego pełną treść w wybranym języku możecie znaleźć tutaj. O czym mówi?

Skrótowo chodzi o to, że możesz domagać się odszkodowania od linii lotniczych w kilku przypadkach:

gdy Twój lot jest opóźniony o co najmniej 3 godziny,
gdy Twój lot jest odwołany,
gdy nie zostaniesz wpuszczony na pokład swojego samolotu.
Linie nie są zobowiązane do wypłacenia odszkodowania, jeśli lot jest opóźniony/odwołany z przyczyn, na które nie mają wpływu. Do takich należą na przykład złe warunki pogodowe, czy strajk pracowników lotniska – wtedy, niestety, po prostu mamy pecha.

W każdym innym przypadku praktycznie zawsze przysługuje Ci odszkodowanie, nawet jeśli przedstawiciel linii będzie mówił inaczej i opowiadał bajki, że opóźnienie nie wystąpiło z ich winy. Problemy techniczne czy każda inna przypadłość to jak najbardziej jest wina przewoźnika, i Twoje kilkugodzinne gnicie na lotnisku jak najbardziej powinno zostać Ci zrekompensowane. Warto dodać, że poniższe odszkodowania są dodatkiem do tego, co powinieneś otrzymać na lotnisku: napoje, posiłki, zakwaterowanie w przypadku zmiany daty lotu, transport do miejsca zakwaterowania, dostęp do telefonu.

Okej, po kolei:

Opóźnienie lotu powyżej 3 godzin
Tutaj wysokość przysługującego nam odszkodowania najlepiej zilustruje poniższa tabelka:

Wysokość odszkodowania Długość lotu (w km)
250 € mniejsza lub równa 1500 km
400 € wszystkie loty w UE > 1500 km, i poza UE w przedziale 1500 – 3500 km
600 € wszystkie loty poza UE powyżej 3500 km
I tutaj sprawa jest naprawdę prosta – czekamy na lotnisku powyżej 3 godzin, to odszkodowanie należy nam się jak psu buda, oprócz pewnych przypadków wymienionych wcześniej.

Odwołanie lotu
Tutaj wszystko lekko się komplikuje. Zaczniemy od tabelki podobnej do powyższej:

Opóźnienie do 2h Opóźnienie ponad 2h Opóźnienie ponad 3h Opóźnienie ponad 4h Długość lotu w km
125 € 250 € 250 € 250 € mniejsza lub równa 1500 km
200 € 200 € 400 € 400 € wszystkie loty w UE > 1500 km, i poza UE w przedziale 1500 – 3500 km
300 € 300 € 300 € 600 € wszystkie loty poza UE powyżej 3500 km

Jak widzisz, opcji jest już tutaj więcej i wszystko zaczyna robić się trochę bardziej zagmatwane. Przede wszystkim, jeśli Twój lot jest odwołany, przewoźnik powinien zaproponować coś w zamian. I nawet, jeśli zadziała od razu, i dolecisz na miejsce z minimalnym opóźnieniem, odszkodowanie i tak Ci przysługuje (oprócz zwrotu ceny biletu / zapewnienia alternatywnego lotu).

Warto wspomnieć, że w przypadku, gdy przewoźnik poinformował pasażerów co najmniej 14 dni wcześniej o odwołaniu lotu, odszkodowanie nie przysługuje. To samo w przypadku nadzwyczajnych okoliczności, jak strajki czy niebezpieczne warunki pogodowe. Ale w drugim przypadku oczywiście możemy liczyć na pomoc przewoźnika, który musi nam zapewnić zwrot kosztów biletu, alternatywny transport do miejsca docelowego czy zmianę rezerwacji na późniejszy, dogodny termin.

Niewpuszczenie na pokład
Oczywiście nie mam tu na myśli sytuacji, kiedy się zataczasz, ledwo masz siłę stać na własnych nogach, bo jesteś kompletnie pijany. Mam na myśli sytuacje, gdy przewoźnik nie wpuszcza Cię na pokład ze swojej winy – bo na przykład sprzedał więcej biletów, niż ma miejsc w samolocie (co jest dość częstą praktyką linii lotniczych).

Tutaj, podobnie jak w poprzednich przypadkach, przysługuje Ci od 250 € do 600 € odszkodowania (w zależności od długości lotu) oraz zwrot sumy za bilet lotniczy. Warto w takich przypadkach dogadywać się z liniami lotniczymi, bo możemy ugrać naprawdę fajne bonusy. Warto zaznaczyć, że w przypadku niewpuszczenia na pokład, rekompensata przysługuje pasażerowi w trybie natychmiastowym!

Nic nie podpisuj, bo zrzekasz się odszkodowania!
Absolutna bzdura. Linie od samego początku w przypadku opóźnienia/odwołania lotu są zobowiązane do poinformowania Cię o Twoich prawach, i odszkodowanie przysługuje zawsze, niezależnie od tego, co zostanie Ci dodatkowo zaproponowane. Możesz śmiało podpisywać papier, że odebrałeś voucher na jedzenie na lotnisku, a wieczorem wysłać formularz zgłoszeniowy po odszkodowanie.

A co z przesiadkami?

Tutaj sprawa wygląda różnie. Jest OK w momencie, gdy Twój lot jest łączony – czyli poszczególne odcinki są na jednej rezerwacji (po prostu kupiłeś bilet z A do B z przesiadką w C, ew. D i E). Wtedy wszystkie prawa przysługują nam jak najbardziej, i możemy czuć się chronieni przez wszelkie prawa aż nie trafimy do miejsca docelowego. Gorzej, jeśli rezerwacje są niezależne – na przykład mamy zakupiony bilet z Wrocławia do Londynu, a osobno bilet z Londynu do Reykjaviku. Jeżeli przez przewoźnika pierwszy lot się opóźni powyżej 3h to oczywiście otrzymamy odszkodowanie, ale jeśli dodatkowo przez to spóźnimy się na drugi lot, to już nasza sprawa, i wygląda to tak, jakbyśmy po prostu na drugi lot się nie stawili. I o nic walczyć nie możemy.

Jak walczyć o odszkodowanie?
Dróg jest kilka. Po pierwsze, można to zrobić samemu – wypełnić odpowiedni formularz na stronie linii lotniczych (jak np. tutaj). W przypadku problemów warto zgłosić się do Urzędu Lotnictwa Cywilnego – pomagają w takich sprawach. Można też zgłosić się do firm, które zajmują się odszkodowaniami – za kilka procent wywalczą należną nam sumę, zazwyczaj bardzo skutecznie.

Tutaj możesz wypełnić krótki formularz, by Twoją sprawą zajęła się firma Aircashback, z którą nawiązałem współpracę. Nie płacisz nic, jeśli nie uzyskasz odszkodowania, a prowizja wraz z VAT wynosi 25%. Opcja dla tych, którym nie chce się wypełniać nic samemu, a może wpaść coś na konto. Firma również odpali coś dla mnie.

Czy warto? Jak najbardziej, jak pokazują statystyki, w Polsce tylko około 1% poszkodowanych składa roszczenia do linii lotniczych!

A kilkaset euro piechotą nie chodzi…

Tutaj link do drugiego wpisu - o przemierzaniu Lanzarote

Idziesz kolejny kilometr. Plecak niemiłosiernie wpija Ci się w ramiona. Nogi jeszcze nie bolą tak bardzo, ale bolą stopy, całe poobcierane, nieprzyzwyczajone do tak długich przechadzek. Miasteczko jest kilka kilometrów za Tobą, do kolejnego następnych kilka kilometrów, a ostatni samochód minął Cię godzinę temu. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie… wiatr. Wieje tak, jakby miało Cię zaraz zdmuchnąć na tę pustynię po lewej stronie, cały czas przechyla Cię w lewo, ale dalej idziesz. No bo co masz zrobić?

Witaj na Camino Natural de Órzola a Playa Blanca – pieszym szlaku przez całą Lanzarote!

Z północy na południe wyspy na pieszo
Na szlak trafiłem zupełnym przypadkiem. Patrzyłem na mapę, i wyspa wydawała mi się ogromna. Po chwili rzucałem okiem na skalę, i przypominałem sobie, że taka wielka nie jest – ma jakieś 50 kilometrów długości. I fajnie zwiedzało mi się Lanzarote, ale przemieszczałem się od punktu do punktu, w każdym masa turystów, aż pomyślałem sobie – a może przejdę się do następnego miasteczka? Kilka kilometrów. Google pokazuje pieszą trasę. Decyzja była łatwa – w drogę!

Miałem w końcu plecak, nie walizkę, w zapasie namiot, w razie nieplanowanego noclegu. Dreptałem żwawo, przez urocze miasteczko Haria z telefonem w ręku, by trafić w dobre miejsce wylotowe. Po kilkunastu minutach szedłem już właściwą ścieżką, a w oczy rzuciły mi się przydrożne słupki z oznaczeniami, które regularnie się powtarzały. W końcu moim oczom ukazał się taki znak, i wszystko stało się jasne:

Caminos Naturales Lanzarote

Bardzo się ucieszyłem – szlak prowadził z samej północy wyspy na samo południe, do mojej docelowej miejscowości – Playa Blanca. Decyzja została podjęta szybko – ruszam powoli na południe, jak się uda – to całość na pieszo.

Najpiękniejszy czas na Lanzarote
Niestety, Lanzarote ma to do siebie, że jest bardzo wietrzną wyspą. I na początku szło się świetnie – wszak Haria otoczona jest ze wszystkich stron wulkanami, przez co jest tam bardzo przyjemnie. Dalej szlak wiedzie pod górę, a gdy już wejdzie się na maksymalną wysokość… urywa głowę. Czasem jest lepiej, czasem gorzej, ale generalnie wiatr jest bardzo silny, przez kilka kilometrów, aż do następnej miejscowości, nie ma niczego, co mogłoby nas osłonić przed wiatrem. Więc idziemy, a wiatr wieje. I bardziej niż z odległością, walczysz z powietrzem.

Ale można się przyzwyczaić.

Piesza wędrówka jest cholernie przyjemna. Gdy wpadniesz w rytm, można iść i iść. Zatracić się. Podziwiać wszystko, co jest wokół Ciebie, dać się pochłonąć otoczeniu, a jednocześnie dać myślom odpłynąć.

Te kilkanaście kilometrów na piechotę było zdecydowanie najlepszym czasem na Lanzarote.

Niestety – wędrówki dokończyć nie pozwoliło mi kolano, które nadwyrężyłem kilka dni wcześniej w Tatrach – efekt pośpiechu i chęci przejścia zbyt dużych odległości i przewyższeń bez wcześniejszego przygotowania. Po piętnastu kilometrach musiałem odpuścić, żeby nie dobijać nogi.

Widok na resztę wyspy
Pieszą wędrówkę wynagradzały między innymi takie widoki
Nie tylko Camino de Santiago
Kojarzysz powyższą nazwę? To bardzo możliwe, bo to chyba najsłynniejszy pieszy szlak na świecie. Jest to około trzydziestodniowa pielgrzymka w Hiszpanii, zwana drogą świętego Jakuba. Co roku rośnie liczba pielgrzymów przemierzających tę trasę – w 2016 roku było to prawie 300 tysięcy osób!

Ale okazuje się, że Hiszpania ma masę świetnie oznaczonych pieszych szlaków turystycznych, dużo mniej popularnych od Camino de Santiago. Całe przedsięwzięcie nazywa się właśnie Caminos Naturales, a trasy spod tego szyldu pokrywają prawie wszystkie rejony Hiszpanii, w tym również prawie każdą z Wysp Kanaryjskich (oprócz Gran Canarii).

Jeśli lubisz piesze wędrówki, albo chcesz spróbować takiej formy aktywności – według mnie to fenomenalny sposób na zwiedzanie, a w szczególności Kanarów. Wyspy nie są duże, można śmiało przejść je w całości, a nawet przejście jednego odcinka szlaku pozwala poznać dane miejsce z zupełnie innej strony, niż ta opisana w przewodnikach i okupowana przez turystów.

Strona z mapą szlaków Caminos Naturales

Jeszcze będzie czas na pobyczenie się na plaży – a najlepiej łączyć jedno z drugim, i plażowaniem wynagradzać sobie intensywne zwiedzanie!

--------------------------------------------

#zwtravel - mój tag autorski o tanich lotach, podróżach i moich przygodach.

Facebook | Blog | Instagram | Newsletter

Przejdź do wpisu

Dodany: 2017-11-02 09:22:50 | Ostatnio wołany: 2017-11-02 09:23:23



Co może spotkać Cię na lotnisku w Izraelu?

– Jakiego jesteś wyznania?
– Jaki jest twój dokładny adres domu?
– Czy mieszkacie razem?
– Czyje to jest mieszkanie?

i tak dalej, i tak bez końca. Stały przed nami dwie kobiety, bardzo aroganckie, cholernie pewne siebie. Jednej w pewności pomagał na pewno wielki karabin przewieszony przez plecy. Wrzuciły nas w krzyżowy ogień pytań, a my zastanawialiśmy się, dlaczego teraz? Dlaczego nie po przyjeździe, tylko w momencie, gdy opuszczamy już kraj? Kilka minut później wszystko się wyjaśniło.

Kontrole na lotnisku i problemowe pieczątki
Mieszkańcy Izraela bardzo pieczołowicie dbają o swoje bezpieczeństwo. Tak się składa, że z każdym swoim sąsiadem mają bardzo kiepskie stosunki, a że do tego są krajem bardzo małym, to muszą dbać o każdy szczegół, żeby czuć się jako tako bezpiecznie. Niestety, w każdym turyście zza granicy widzą potencjalnego szpiega i terrorystę, więc jeśli padnie akurat na nas, trzeba przygotować się na naprawdę długą rozmowę z pracownikami służb bezpieczeństwa. A jeśli do tego macie w paszporcie pieczątki z krajów arabskich…

Wjazd do Izraela
Gdy ja przyleciałem do Izraela, na małym lotnisku w Ovdzie wszystko odbyło się naprawdę bezproblemowo. Po lekturze wielu artykułów i wpisów spodziewałem się dużego maglowania, zwłaszcza, że nie miałem żadnych rezerwacji – ani na samochód, ani na nocleg, dosłownie na nic. Tylko nasza czwórka znajomych i cztery plecaki. O dziwo – wszystko poszło elegancko i gładko, do tego miejscowy pracownik mówił po polsku, kilka minut, parę uśmiechów i po sprawie – byliśmy w Izraelu.

Tutaj parę uwag – możesz mieć problemy, jeśli masz w paszporcie pieczątki z jakichkolwiek krajów arabskich, ale nie jest to regułą. Jeśli w przyszłości zamierzasz za to wizytować kraje, które nie żyją w zgodzie z Izraelem, możesz poprosić o wbicie pieczątki na osobną kartkę – wystarczy, że dopilnujesz jej do wyjazdu, a w Twoim paszporcie nie będzie śladu po wizycie w Izraelu. Wjazd do Izraela nic nie kosztuje.

Zaczynają się schody… wylot z Izraela
I tutaj zazwyczaj robi się ciężej. Niektórzy mają spokój i przechodzą kontrolę bezproblemowo – dwójka moich znajomych po kilku minutach spokojnie czekała już w strefie bezcłowej na samolot. Ja nie miałem tyle szczęścia. Trafiliśmy z dziewczyną w potrzask w postaci dwóch pań ze służby granicznej, których zadaniem było być bardzo niemiłymi i stanowczymi. Co w sumie było trochę zabawne, ale po dłuższym czasie robiło się zdecydowanie męczące.

Po kilkunastu, czy może kilkudziesięciu minutach maglowania, gdy chyba daliśmy radę przejść procedury – żadna z pań nie przyłapała nas na żadnym kłamstwie, wyjaśniły nam, o co chodziło. I wtedy palnąłem się w głowę, że nie wpadłem na to wcześniej. Zuza miała na szyi arafatkę… Chusta ta u nas jest zwykłą chustką, używaną przez tysiące dziewczyn i chłopaków całkowicie bezrefleksyjnie, natomiast na miejscu jest ona Palestyńskim symbolem narodowym. Co na pewno nie podoba się większości obywateli Izraela. Nasz błąd.

Ale nie tylko takie rzeczy potrafią spowodować problemy – miejscowi są bardzo wyczuleni na wyjazd z ich kraju, szczegółowo wypytują o bagaż, czy ktoś mógł mieć do niego dostęp. Pytają o wszystko. Powodem szczegółowej kontroli może być to, że jesteście większą grupą, czy to, że masz niemiecko brzmiące nazwisko. Każdy, nawet najbardziej absurdalny powód może spowodować dłuższe przepytywanie na lotnisku, więc zdecydowanie warto pojawić się przynajmniej 2-3 godziny przed odlotem.

Opłaty na granicach
Nie płacimy nic za wjazd do Izraela. Nieważne, czy granicę przekraczamy pieszo, czy samolotem. Inaczej sprawa wygląda, gdy chcemy ten kraj opuścić.

Opłata wyjazdowa z Izraela wynosi 100 NIS, czyli szekli. W przeliczeniu za złotówki wychodzi około 104 zł. Opłatę należy uiścić przy przekraczaniu granic lądowych – czyli wtedy, gdy zdecydujecie się na wycieczkę na przykład do Egiptu czy Jordanii. Z opłaty jesteśmy zwolnieni, jeśli opuszczamy kraj drogą powietrzną – czyli wracając samolotem do Polski nie masz się czego obawiać, żadna opłata na Ciebie nie czeka.

Kontrole na miejscu potrafią skutecznie uprzykrzyć życie i zniechęcić do odwiedzenia Izraela. Czytałem o historiach, gdzie ludzie byli przesłuchiwani przy wjeździe przez kilka (!) godzin! Czy z tego powodu powinniśmy odpuścić Izrael?

Zdecydowanie nie!

Trzeba nastawić się pozytywnie – wszak większość ludzi jednak dodatkowych kontroli unika. Oprócz tego warto pomyśleć, co może skłonić pograniczników do szczegółowego kontrolowania. Zwrócić uwagę na takie szczegóły, jak nasza nieszczęśliwa arafatka, a jeśli masz paszport z pieczątkami arabskimi – wyrób nowy, albo dodatkowy. Istnieje możliwość posiadania dwóch paszportów – właśnie na wypadek taki, jak zamieszanie z pieczątkami. A Izrael zdecydowanie warto odwiedzić – choćby ze względu na fantastyczny klimat i ogromną wartość historyczną tych terenów. Jest co zwiedzać!

#izrael

--------------------------------------------

#zwtravel - mój tag autorski o tanich lotach, podróżach i moich przygodach.

Facebook | Blog | Instagram | Newsletter

Przejdź do wpisu
Założona przez:

zbigniew-wu

Osób na liście: 89
Wołań: 52
Wołam do wpisów blogowych, spod tagu #zwtravel.

Ostatnie wydarzenia (zobacz wszystkie)


2017-12-09 09:06:19
@zbigniew-wu zawołał do wpisu


2017-12-07 23:13:04
@ranunculus dołączył do listy


2017-12-07 11:32:34
@zbigniew-wu zawołał do wpisu


2017-12-01 21:52:34
@zbigniew-wu zawołał do wpisu


2017-11-28 09:39:24
@zbigniew-wu zawołał do wpisu


2017-11-25 20:12:29
@LubieKiedy opuścił(a) listę


2017-11-25 19:41:45
@zbigniew-wu zawołał do wpisu


2017-11-21 18:21:12
@Rozti opuścił listę


2017-11-21 18:18:56
@zbigniew-wu zawołał do wpisu


2017-11-16 09:41:26
@zbigniew-wu zawołał do wpisu