Dodany: 2019-03-16 14:02:34 | Ostatnio wołany: 2019-03-16 14:03:07


Prawdziwy ateista i mówienie o Bogu

Powinienem teraz projektować parowacz, lecz pisanie na Wykop tekstów, których prawie nikt nie czyta, jest znacznie bardziej ekscytującym zajęciem, zatem czas poświęciłem właśnie tej drugiej czynności. Niedawno użytkownik @Erxz wrzucił wpis, gdzie uzasadniał swoje przekonanie, iż bóg chrześcijański nie istnieje. Wpis ten następnie, z nieznanych mi powodów, zdecydował się usunąć, lecz nim do tego doszło, jeden z Mirków, którego nicku nie pomnę, napisał komentarz, gdzie stwierdził, że prawdziwy ateista nie pisze i nie dyskutuje o Bogu, bowiem on według niego nie istnieje, zatem taka dyskusja jest pozbawiona sensu (czy coś w tym guście). Jeśli traktować tamten komentarz jako zarzut w kierunku autora wpisu, to był to zarzut chybiony, OP bowiem, w sposób nieco chaotyczny i nieformalny, dopiero nieistnienie Boga chciał uargumentować , odwołując się do jakiejś odmiany problemu zła. O problemie zła mam zamiar stworzyć wpis osobny. Ten wpis dotyczy stwierdzenia ‘prawdziwy ateista nie mówi o Bogu’, albowiem jestem przekonany, że ateista o Bogu mówić i pisać może oraz że ta pisanina i gadanina będą miały sens, nawet jeżeli Bóg nie istnieje.

Na samym początku chcę zwrócić uwagę, że podział na prawdziwych i nieprawdziwych ateistów łudząco przypomina pewien popularny błąd nieformalny, tym bardziej, iż podział ten zjawia się przeważnie wtedy, gdy teista podnosi zarzuty wobec praktyki czy kondycji intelektualnej przeciwnika. Przykładowo: często zarzuca się ateistom prowadzenie własnej krucjaty z zapałem, który przywodzi na myśl żarliwość religijną. Wtedy to urażony ateista wyciąga z rękawa koło ratunkowe ‘prawdziwy ateista’ i mniema, że jest chroniony, bo przecież wiadomo wszem i wobec, iż ten, wobec którego zarzuty powyższe są trafne, prawdziwym ateistą nie jest. W ten sposób tak często podkreślania wyższość moralna i intelektualna ateistów zostaje zachowana, choć oczywiście teraz cechuje ona tylko tych ‘prawdziwych’. Tych ‘nieprawdziwych’ rzucamy na pożarcie. Kto by jednak zażądał uzasadnienia tego, dlaczego taka, a nie inna postawa przyczynia się do prawdziwości ateizmu i na czym prawdziwość jego miałaby polegać, przemyślanej odpowiedzi prawdopodobnie by nie usłyszał. Proponuje przyjąć zatem, że wszyscy ateiści są równie prawdziwi w swym ateizmie. Oczywiście jedni są inteligentniejsi, drudzy głupsi; jednych cechuje erudycja i refleksyjność, drugich nieuctwo i dogmatyzm. Myślę, że każdy ateusz w końcu na taki podział przystanie (a następnie pieczołowicie zagnieździ samego siebie w pierwszej kategorii). Nie przybliża nas to jednak do odpowiedzi na pytanie, czy może on sensownie mówić o Bogu, skoro uważa, że ten nie istnieje.

W tym wpisie ‘mówienie o Bogu’ ma znaczenie dosłowne. Nie chodzi o rozważanie tego, jak wiara w niego wpływa na ludzi wierzących, ani też o to, jak był on przedstawiany lub pojmowany w różnych kręgach. Tematem tego wpisu nie jest historia sztuki, kulturo- czy religioznawstwo, ale ontologia i metafizyka. Nie sposób jednak pisać o nich, nie wikłając się w zawiłości języka czy logiki. ‘Mówienie o Bogu’ w tym wpisie oznacza formułowanie wszelakich sądów przypisujących bądź negujących dowolne własności, zatem sądów o strukturze podmiotowo-orzecznikowej, w których podmiotem jest właśnie Bóg. Tego rodzaju sądy będę dalej nazywać predykatywnymi. Aby ułatwić sobie pisanie oraz aby zmniejszyć objętość tekstu, twierdzenie ‘mówienie o Bogu, jeśli on nie istnieje, jest bezsensowne’ będzie się kryć odtąd pod literą NS (bo czemu nie).

NS: Mówienie o Bogu, jeśli on nie istnieje, jest bezsensowne.

Przynajmniej na pierwszy rzut oka NS zdaje się być dość intuicyjne. Jeśli czegoś nie ma, to nie sposób powiedzieć o tym czymś nic za wyjątkiem przypomnienia, że tego nie ma. Coś, co nie istnieje, nie posiada wszak żadnych własności, z drugiej strony ciężko też powiedzieć, że nie posiada własności, bowiem, cóż, nie istnieje. Tylko to, co istnieje, może posiadać jakieś cechy lub też ich nie posiadać. Wynika stąd, że gwarantem sensowności sądów predykatywnych jest pozytywny sąd egzystencjalny - obiekt musi istnieć, aby móc przyznać mu własność. Ta intuicyjność kończy się jednak wraz z momentem, w którym przyjrzymy się temu, jak dyskutujemy o postaciach fikcyjnych. Przeważnie (pomijając filozofów) uznaje się, że postacie czy obiekty fikcyjne nie istnieją, a mimo to jeśliby spytać kogoś, kto czytał Władcę Pierścieni, czy Frodo ma kudłate stopy, to z przekonaniem odparłby, że owszem. Trzymając się twórczości Tolkiena, trzeba też odnotować, że czytelnicy prowadzą długie dysputy na temat tego, jaki jest los ludzi po śmierci; który z Noldorów był najpotężniejszy; czy Saruman mógłby najebać Sauronowi etc. I w dyskusjach tych, nawet jeśli jałowych i nieposiadających końca, nie sposób nie odnieść wrażenia, że któraś ze stron może mieć rację, a inna może się mylić. Oznacza to, że sądom predykatywnym dotyczącym obiektów fikcyjnych przysługują kryteria prawdziwościowe. Jakie są to kryteria – ciężko orzec, ale na ten moment odpowiedź na to pytanie nie jest konieczna.

Powyższa problematyka sięga daleko poza spór teizm-ateizm. Bardzo chciałbym te kwestie rozwinąć, lecz brak tu miejsca. Szersze omówienie wymagałoby roztrząsania takich problemów jak status egzystencji jako predykatu, ontologia predykatów w ogóle, teoria nazw itp. Wystarczy jednak to, iż jeśli uznajemy, że można sensownie mówić o obiektach fikcyjnych, to NS musimy uznać za fałszywe. Ten, kto utrzymuje prawdziwość NS, musi zaproponować argument albo za tym, że nieistniejący Bóg różni się ontycznie od nieistniejących postaci fikcyjnych (istniejący Bóg różni się w sposób oczywisty), albo że dyskusja o fikcji również jest bezsensowna, albo że mówiąc o fikcji mówimy tak naprawdę coś innego, niż nam się zdaje. W każdym przypadku czeka go trudne zadanie.

Spamlista

#nowyonanizm #filozofia #ateizm #religia

Przejdź do wpisu

Dodany: 2019-01-25 14:14:27 | Ostatnio wołany: 2019-01-25 14:14:53


O dowodzie ontologicznym cz.3

Część pierwsza była wprowadzeniem i kreśliła krajobraz krain apriorycznych. Część druga zawierała wyjaśnienia i rozważania natury technicznej, i choć było ich niewiele, to prawdopodobnie większość uznała je za nudne. Ta część, tym razem ostatnia, służyć będzie ocenie konkluzywności argumentu Anzelma. Nie można jednak pisać o dowodzie ontologicznym, nie poświęcając przy tym dostatecznie wiele miejsca jednemu z najsławetniejszych sloganów w historii filozofii, toteż zanim przejdziemy do kreślenia wniosków, wypada nam spotkać się z Kantem i zastanowić się, czy istnienie jest predykatem.

Większość historycznych myślicieli ma na swoim koncie przynajmniej jedno zdanie, które jakby dziecię wyrodne wyrwało się spod jego władzy i udało się w świat, aby rozpocząć swoje życie. Niektóre z nich w swym buncie postanowiły wieść żywot całkiem inaczej niż życzyli sobie tego twórcy. Współcześnie wielu wie, że nic nie wie, jednak przede wszystkim nie wie, o co im chodzi. Inni dziwią się, że przecież da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Jeszcze innym zdaje się, że są dzięki temu, że myślą. Jednak są też idee, które przetrwały w stanie z grubsza nienaruszonym. I tak wszystkie serca mają prawdy, których nie znają rozumy, a byt wciąż określa świadomość i czuje się bezpieczny, bowiem niebytu nie ma. A co z Kantem? Czy byłby dumnym ojcem? Być może, lecz przekonałby się, że to dziecko, które my tu teraz niańczymy, zostało mu podrzucone. ‘Co to znaczy?, ktoś zapyta, ‘Czyż Kant nie stwierdził, że istnienie nie jest predykatem? I że przez to dowód ontologiczny należy odrzucić?’. I tak i nie. Rzeczywiście, według Kanta dowód ontologiczny był błędnym, a błąd zawierał się w tym, że próbował zawrzeć istnienie w definicji Boga, licząc na to, że jakimś magicznym sposobem ten rzeczywiście zaistnieje. Mimo to próżno szukać fragmentu w Krytyce czystego rozumu, w którym autor stwierdziłby, że istnienie nie jest predykatem. Aby nie być gołosłownym, przytaczam interesujące nas wyimki z tłumaczenia Chmielowskiego (wytłuszczam fragmenty szczególnej uwagi):

Mógłbym się wprawdzie spodziewać, że tę pedancką gadaninę, bez wielkiego zachodu, dokładnym określeniem pojęcia istnienia, obrócę w niwecz, gdybym się nie przeświadczył, że omamienie, spowodowane pomieszaniem orzeczenia logicznego z realnym (tj. z określeniem jakiejś rzeczy), prawie wymyka się wszelkiemu upomnieniu. Za orzeczenie logiczne może służyć wszystko, co się chce, nawet podmiot może się stać swoim orzeczeniem, gdyż logika odrywa się od wszelkiej treści. Ale określenie jest orzeczeniem, które prześciga pojęcie podmiotu i powiększa je. Nie może więc ono już się w nim zawierać.

Byt nie jest oczywiście wcale orzeczeniem realnym, tj. pojęciem o czymś, co by mogło zostać dodanym do pojęcia jakiejś rzeczy.

Jeśli tedy wezmę podmiot (Bóg) razem ze wszystkimi jego orzeczeniami (pomiędzy którymi znajduje się także wszechmoc) i powiem: Bóg jest lub: jest Bóg_ to nie stwierdzam żadnego nowego orzeczenia do pojęcia o Bogu, lecz tylko podmiot sam w sobie wraz ze wszystkimi jego orzeczeniami, a mianowicie rzecz w odniesieniu do mojego pojęcia

Wobec bowiem rzeczywistości przedmiot jest nie tylko zawarty analitycznie w moim pojęciu, lecz przybywa do mego pojęcia (będącego określeniem mojego stanu) syntetycznie, chociaż przez ten byt poza moim pojęciem same te pomyślane sto talarów nie zwiększają się bynajmniej. Jeżeli zatem pomyślę sobie rzecz jakąś za pomocą jakichkolwiek i jak bądź wielu orzeczeń (bodaj nawet w wyczerpującym określeniu), to tej rzeczy przez to, iż dodam, że ta rzecz jest, nic a nic już nie przybędzie.

Mógłbym wkleić więcej, ale chyba nie ma sensu. Zanim przejdziemy dalej, to trzeba zauważyć (choć może po tych fragmentach tego nie widać), że, niezależnie od konkluzji, cały wywód nie jest najwyżej jakości. Niektóre twierdzenia wydają się kompletnie bez związku z wnioskiem, jaki Kant chce uzasadnić, inne zaś pojawiają się niejako z próżni. Mimo to stanowisko Kanta można zrekonstruować i nie wydaje się, aby jego konkluzja brzmiała: ‘istnienie nie jest predykatem’. Kant jasno rozgranicza ‘orzeczenie logiczne’ od ‘realnego’ i przyznaje, że tym pierwszym ‘może być cokolwiek’. To ‘orzeczenie realne’ Kant nazywa określeniem i to z tej kategorii wyrugował istnienie. A jak zdefiniował określenie? Określenie ma być tym, co może zostać ‘dodane do pojęcia jakiejś rzeczy’, a w wyniku tego dodawania ‘coś przybędzie’. Podsumowując przy użyciu bardziej precyzyjnego języka: istnienie jest predykatem, ale predykatem odmiennym od tych, które tworzą pojęcia obiektów np. bycie czerwonym. Nie chodzi też o to, że nie można zdefiniować obiektu jako istniejącego. Można, tyle że nie będzie to miało żadnego efektu. Konsekwencje tej myśli najlepiej ująć przykładem. Zdanie ‘Istniejące wombaty istnieją’ jest wprawdzie zdaniem analitycznym i koniecznym jest, aby istniejące wombaty istniały, lecz nie gwarantuje ono, że są jakiekolwiek wombaty. Ujmując inaczej, każdy element zbioru istniejących wombatów istniałby, lecz nie jest koniecznym, aby ten zbiór zawierał choć jeden element. Skąd zatem wziął się slogan? Cóż, pewnie można i w ten sposób interpretować Kanta, mimo że wydaje mi się to nadinterpretacją. Z całą pewnością jego krytyka kogoś zainspirowała. Jednak to nie Kant pozbawił istnienie statusu predykatu, a Russell i Quine. Ten pierwszy wszak jest ojcem logiki klasycznej, w której predykat egzystencji nie funkcjonuje, drugi zaś jest autorem innego sławnego sloganu: ‘istnieć oznacza być wartością związanej zmiennej’. Czy to słuszne stanowisko? Są wątpliwości, lecz jest to problem na inny wpis (od miesięcy zastanawiam się nad wpisem o postaciach fikcyjnych), zatem pozostawmy to bez rozstrzygnięcia.

Zanim przejdziemy do tego, jak odnieść powyższe do argumentu Anzelma, warto przyjrzeć się uzasadnieniu Kanta, nawet jeśli akceptujemy jego wniosek. W jego wywodach znaleźć można takie oto twierdzenie, że pojęcie i odpowiadający mu obiekt ‘muszą zawierać dokładnie toż samo’ oraz iż ‘sto rzeczywistych talarów nie zawierają ani odrobiny więcej niż sto możliwych’. Jak słusznie zauważył Plantinga, nie wydaje się to być prawdą. Zdefiniujmy bowiem, co oznacza być pojęciem jakiegoś obiektu (przyda nam się to zresztą do krytyki Anzelma). Proponuję taką definicję:

Pojęcie obiektu x to zbiór n predykatów (własności) P1...Pn takich, że każdy dowolny predykat Pi umieszczony w zdaniu _x jest P_ tworzy zdanie koniecznie prawdziwe.

Weźmy teraz pojęcie najszybszego człowieka-sprintera na świecie. Z całą pewnością w tym pojęciu mieszczą się własności bycia człowiekiem, bycia szybszym niż ktokolwiek inny, posiadania nóg etc. Przyjmijmy teraz – nie znam obecnej sytuacji sportowej – że najszybszym sprinterem nadal jest Usain Bolt. Usain Bolt posiada zatem wszystkie te własności, które wchodzą w skład pojęcia najszybszego człowieka-sprintera na świecie. Mimo to przysługuje mu znacznie więcej niż jest zawarte w tym pojęciu. Jest czarnoskóry, mierzy 195 centymetrów, urodził się na Jamajce etc. Żadna z tych własności nie wchodzi w skład pojęcia najszybszego człowieka-sprintera, albowiem nie jest koniecznie, aby miał on dokładnie tyle wzrostu. Inaczej ujmując, zdanie ‘najszybszy sprinter na świecie mierzy 195 centymetrów’ jest prawdziwe, lecz tylko przygodnie; w 2008 roku prawdziwym było stwierdzenie, że ma on 190 cm. Zatem obiekt zawiera znacznie więcej niż pojęcie, które mu odpowiada, zaś Kant nieco się zagalopował.

Załóżmy wszelako, że Kant miał rację i że zawieranie istnienia w pojęciu Boga nie ma kompletnie żadnego efektu. Jak do się ma do Anzelma? Pisząc część pierwszą, sądziłem, że nijak. Teraz jednak mam wątpliwości. Wprawdzie żadne zdanie drugiego rozdziału Proslogionu nie wskazuje na to, aby Anzelm miał zdanie ‘Bóg istnieje’ za analityczne w kantowskim rozumieniu. Z pewnością, co zresztą pisałem poprzednio, nie definiuje explicite Boga jako istniejącego. A może zawarł egzystencję w definicji rzeczy, ponad którą nic wspanialszego nie da się pomyśleć? Ciężko znaleźć coś na poparcie takiej tezy, bowiem Anzelm wydaje się traktować to pojęcie jako pierwotne i nie rozwodzi się nad jego znaczeniem. Prawdopodobnie zapytany o to, co sprawia, ze Bóg ma taki status, zapewne wymieniłby klasyczne przymioty jak wszechmoc czy wszechwiedza. Jednakże jeśli przyjrzymy się P2 i P3, to tam właśnie Anzelm stwierdza, że można pomyśleć o czymś identycznym z Bogiem jako o istniejącym i przez to o czymś wspanialszym niż Bóg nieistniejący. Jeżeli tak, to musimy cały argument podsumować – non sequitur. Używając słownika Kanta, Anzelm w P3 dodaje do pojęcia Boga orzeczenie istnienia, jednak, jak wynika z przytoczonych fragmentów krytyki kantowskiej, taki akt nie powoduje, że opuszczamy nagle sferę pojęć. Zamiast tego otrzymujemy zwyczajnie to samo pojęcie z jednym dodatkowy predykatem, lecz nadal nie wiemy, czy jest obiekt, który temu pojęciu odpowiada. W takim wypadku wnioskiem argumentu winno być coś w rodzaju ‘w pojęciu Boga zawiera się istnienie’, lecz jeśli uznajemy twierdzenia Kanta, to wniosek ten nie będzie równoważny ‘Bóg istnieje’. Jeśli natomiast przyznamy, że w P3 opuszczamy sferę pojęć, to argument Anzelma staje się kołowy.

Ciężko jednoznacznie orzekać, co Anzelm miał na myśli. Być może wina leży po mojej stronie i nieprawidłowo zrekonstruowałem argument, być może zawinił tłumacz. Faktem jest, iż istnieją inne rekonstrukcje, które unikają tych problemów. Przedstawiona przeze mnie zmodyfikowana wersja formalna również wydaje się unikać kantowskich zarzutów, bo nie stwierdziłem tam w przesłankach, że jest coś identycznego z Bogiem. Sam Kant raczej nie poczułby się źle na wieść o tym, że jego krytyka nie dotyczy argumentu Anzelma, jako że nie pisał on jej przeciw Anzelmowi, a przeciw Leibnizowi i poprzez niego przeciwko Kartezjuszowi. Może zamiast zastanawiać się bez końca nad tym, co Anzelm mógł uważać, lepiej zwrócić się ku temu, co uważał na pewno.

Jak zwykle przy próbie odrzucenia argumentu musimy zwrócić się ku przesłankom. Definicję proponuje pozostawić w spokoju, bo jak pisałem w części drugiej, nad jej słusznością można debatować bez końca. W wersji zmodyfikowanej, którą zaproponowałem, przesłance P3 ciężko odmówić słuszności, zaś w przypadku P2, choć może ona budzić wątpliwości, da się znaleźć uzasadnienie. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że w przytoczonym poprzednio fragmencie Proslogionu Anzelm stara się uzasadnić tylko jedną z przesłanek, co być może wskazuje na to, że sam uważał ją za nieoczywistą. Mowa o przesłance P1, która stwierdza, że najwspanialsza rzecz istnieje w umyśle, albo, używając narzędzi, jakie tu wypracowaliśmy, istnieje tam jej pojęcie. Anzelm uzasadnia ją tak:

Z całą pewnością jednak tenże sam głupiec, gdy słyszy to właśnie, co mówię: "coś, ponad co nic większego nie może być pomyślane", rozumie to, co słyszy, a to, co rozumie, jest w jego intelekcie, nawet gdyby nie rozumiał, że ono jest.

Czyli fakt, że głupiec rozumie te słowa, świadczy o tym, że ma w umyśle stosowne pojęcie. I tu tkwi problem Anzelma, co zauważył już Gaunilon, choć przeważnie wspomina się go tylko ze względu na nieszczęsną wyspę. Rozumienie słów coś, ponad co nic większego nie można pomyśleć musiałoby gwarantować, że pojęcie, jakie ma w umyśle głupiec, będzie uniwersalne tj. będzie co do joty odpowiadać pojęciu, jakie ma Anzelm, kiedy wymawia te słowa, bo tylko wtedy głupiec mógłby zidentyfikować rzeczywisty obiekt przy jego pomocy i obiekt ten byłby identyczny z tym, który zidentyfikował Anzelm. Rzecz w tym, że zrozumienie tych słów tego nie zapewnia. Raz, że te same słowa mogą dla głupca mieć zupełnie inne znaczenie, a dwa, że nawet gdyby tak nie było, to znaczenie tych słów nie determinuje jednoznacznie całego zbioru predykatów, jakie Anzelm wiąże z obiektem, jaki ma na myśli. Co więcej głupiec może rozumieć słowa, a jednak nie mieć w umyśle nic, co odpowiadałoby opisywanemu obiektowi. Weźmy banalny przykład żonatego kawalera. Każdy w czytających rozumie te słowa, jednak czy temu rozumieniu towarzyszy stosowne pojęcie takiego obiektu? Bynajmniej, wszak to obiekt niemożliwy, podobnie jak kwadratowe koło lub liczba pierwsza różna od dwa i podzielna przez dwa. Innym przykładem niech będzie ważkoszczur. Znaczenie tej nazwy łatwo odgadnąć, ale nikt z was nie wie, jakie pojęcie ja wiążę z tą nazwą (nie, nie ma skrzydełek). Wobec tego aby zaakceptować przesłankę P1 już wcześniej trzeba być przekonanym, że Bóg istnieje, i to ten sam Bóg, w którego wierzy Anzelm, inaczej jego słowom nie będzie odpowiadać pojęcie, które on sam posiada. Z samego rozumienia słów nic nie wynika i nie ma kompletnie żadnego powodu przyjmować P1 zamiast jej negacji. Gdybyśmy teraz przełożyli ten akapit na język modalności, to okazałoby się, ze dokładnie ten sam problem pojawił się u Plantingi. Tam też nie było żadnego powodu, by nie przyjąć, że jest niemożliwe, aby maksymalna doskonałość była egzemplifikowana. To właśnie de facto tę możliwość musiałby udowodnić argument. Anzelm swoją próbę podjął, jednak jego uzasadnienie zawodzi, bo nie chciało mu się czytać o filozofii języka. I niech to będzie przestrogą. Ja zaś będę pamiętał o tym, aby Kanta pochopnie nie skreślać.

Spamlista dla zainteresowanych: KLIK

#nowyonanizm #filozofia #ateizm #religia

Przejdź do wpisu

Dodany: 2019-01-22 18:25:27 | Ostatnio wołany: 2019-01-22 18:25:41


O dowodzie ontologicznym cz.2

Dziś kontynuujemy naszą wyprawę przez jałowe ziemie aprioryzmu. W części pierwszej scharakteryzowałem dowody ontologiczne; wyjaśniłem też, co czyni je wyjątkowymi oraz zaznaczyłem, że pod tą zbiorczą nazwą kryje się mnogość wariacji, które zrodzone zostały u różnych źródeł i w różnych postaciach. W tej części, zgodnie z obietnicą, przedstawię dowód Anzelma.

‘Dlaczego Anzelm?’ ktoś mógłby spytać, ‘Wszak są argumenty współczesne, choćby ten Plantingi, który już omawiałeś’. Cóż, przede wszystkim powodem jest to, że kiedy w internecie mowa o dowodzie ontologicznym, prawie zawsze oznacza to argument Anzelma, stąd też to on jest najczęściej krytykowany i wyśmiewany. Jednocześnie daje się odnotować, iż wielu takich krytyków nie ma pojęcia, jak rzeczywiście brzmi ten argument. Kolejnym pretekstem jest fakt, że to właśnie ten argument zapoczątkował bogatą tradycję. Całkiem możliwe, że gdyby nie Anzelm, dziś nie musielibyśmy toczyć bohaterskich bojów przeciw apriorycznej Hydrze. Jeśli to za mało, to trzeba też wspomnieć, iż jest to argument najlepszy, jeśli rozważymy wszystkie tego typu próby podjęte przed XX stuleciem, albowiem Anzelm zdołał uniknąć tych błędów, jakie popełnili Kartezjusz czy Spinoza. Muszę jednak tutaj zaznaczyć, że w istocie Anzelm sformułował dwa argumenty. Pierwszy z nich – ten, który będziemy rozpatrywać – zawarty został w drugim rozdziale Proslogionu, a jego konkluzją jest, że Bóg istnieje. Drugi z argumentów znaleźć można w rozdziale trzecim, zaś jego wniosek przypisuje Bogu istnienie konieczne. Tym zajmować się nie będę, a to dlatego że jego ulepszoną wersją jest argument Plantingi, który już niegdyś opisywałem. Jednak czy warto w takim razie przejmować się argumentem, który nie dowodzi, że Bóg egzystuje z konieczności? Findlay w Can God's Existence be Disproved? utrzymuje, że tylko taki obiekt, który posiada jakąś własność w sposób konieczny, jest obiektem godnym czci wyznawców (ukłon w stronę @shadowboxer). Wolałbym jednak każdemu pozostawić wybór co do tego, przed czym chce paść na kolana, jako że to są jego kolana i nie mnie troszczyć się o nie. Poza tym linia krytyki, którą mam zamiar poruszyć, kiedy ją przełożyć na język modalności, dotyka również argumentu z rozdziału trzeciego.

Argument z rozdziału drugiego przebiega następująco (tłum. Tadeusz Włodarczyk):

A więc, Panie, który udzielasz zrozumienia wierze, daj mi, bym zrozumiał, na ile to uważasz za wskazane, że jesteś, jak w to wierzymy, i jesteś tym, w co wierzymy. [1] A wierzymy zaiste, że jesteś czymś, ponad co niczego większego nie można pomyśleć. Czy więc nie ma jakiejś takiej natury, skoro powiedział głupi w swoim sercu: nie ma Boga? [2] Z całą pewnością jednak tenże sam głupiec, gdy słyszy to właśnie, co mówię: "coś, ponad co nic większego nie może być pomyślane", rozumie to, co słyszy, a to, co rozumie, jest w jego intelekcie, nawet gdyby nie rozumiał, że ono jest. Czymś innym bowiem jest to, że rzecz jest w intelekcie, a czymś innym poznanie tego, że rzecz jest. Kiedy bowiem malarz zastanawia się nad tym, co zamierza dopiero wykonać, to bez wątpienia ma w intelekcie to, czego jeszcze nie zrobił, ale nie poznaje jeszcze, że to jest. Kiedy zaś już namalował, to ma i w intelekcie to, co już wykonał, i poznaje, że to jest. [3] A więc także głupi przekonuje się, że jest przynajmniej w intelekcie coś, ponad co nic większego nie może być pomyślane, ponieważ gdy to słyszy, rozumie, a cokolwiek jest rozumiane, jest w intelekcie. Ale z pewnością to, ponad co nic większego nie może być pomyślane, nie może być jedynie w intelekcie. [4] Jeżeli bowiem jest jedynie tylko w intelekcie, to można pomyśleć, że jest także w rzeczywistości, a to jest czymś większym. Jeżeli więc to, ponad co nic większego nie może być pomyślane, jest jedynie tylko w intelekcie, wówczas to samo, ponad co nic większego nie może być pomyślane, jest jednocześnie tym, ponad co coś większego może być pomyślane. Tak jednak z pewnością być nie może. Zatem coś, ponad co nic większego nie może być pomyślane, istnieje bez wątpienia i w intelekcie, i w rzeczywistości.

Wytłuszczone i ponumerowane przeze mnie fragmenty są kluczowe dla rekonstrukcji dowodu, do której właśnie przechodzimy.

Zdanie z numerem [1] zawiera definicję Boga jako ‘czegoś, ponad co niczego większego nie można pomyśleć’. Od teraz zamiast określenia większy będę używać wspanialszy, lecz tylko ze względu na swoje preferencje. Zdania [2] i [3] formułują i uzasadniają jedną z przesłanek, której treść zapiszemy jako ‘Bóg istnieje w umyśle’. Jest to, jak się potem okaże, przesłanka kluczowa. Dalej w [4] mamy założenie dla dowodu nie wprost oraz drugą i trzecią z przesłanek. Kiedy przedstawimy dowód w formie uporządkowanej, przyjmie on następującą postać:

(1) Bóg jest czymś, ponad co nic wspanialszego nie można pomyśleć (DEF)
(2) Bóg istnieje w umyśle (P1)
(3) Istnienie w rzeczywistości jest wspanialsze od istnienia w samym umyśle (P2)
(4) Można pomyśleć o czymś, co jest identyczne z Bogiem, a do tego istnieje w rzeczywistości (P3)
(5) Załóżmy, że coś, ponad co nic wspanialszego nie można pomyśleć [Bóg], nie istnieje w rzeczywistości (założenie dla RAA)
(6) Coś, co jest identyczne z Bogiem, a do tego istnieje w rzeczywistości, jest wspanialsze niż Bóg, bo ten istnieje tylko w umyśle (z 2, 3 i 5)
(7) Zatem można pomyśleć o czymś wspanialszym niż Bóg (z 4 i 6)
(8) Zatem, na mocy definicji, można pomyśleć o czymś wspanialszym niż coś, ponad co nic wspanialszego nie można pomyśleć (sprzeczność)
(9) Zatem Bóg istnieje w również rzeczywistości (wniosek)

Zanim przejdziemy do formalizacji, już teraz warto zwrócić uwagę na to, że częsty zarzut, jakoby Anzelm definiował Boga jako istniejącego, jest bezzasadny. W definicji nie ma słowa o tym, że Bóg istnieje. Nie ma go również explicite w przesłankach. Owszem, Anzelm dobrał przesłanki tak, aby wyszło mu to, czego chciał dowieść, jednak jest to nieodzowne przy tworzeniu argumentu. Czynić wyrzuty komuś, że argumentuje pod tezę, jest poniekąd jak wygłaszanie pretensji, że kroi ziemniaki, a przecież chciał przyrządzić frytki. Wszelkie kontrdowody, które mają pokazywać absurdalność argumentu, po pierwsze, jak pisałem w poprzedniej części, nie wyjaśniają, co jest z nim nie tak, po drugie na ogół są jedynie pozornymi analogiami. Przykład Gaunilona zawodzi, albowiem jego wyspa nie spełnia definicji z dowodu Anzelma, a to ze względu na inną dziedzinę kwantyfikacji. Gaunilon podaje przykład najwspanialszego elementu ze zbioru wysp, zaś Anzelm rozpatruje znacznie szerszy zbiór, mianowicie zbiór wszystkich obiektów. O ile możliwym wydaje się znalezienie obiektu wspanialszego niż najwspanialsza wyspa, o tyle ciężko znaleźć nawet jakikolwiek obiekt poza zbiorem wszystkich obiektów, nie wspominając o obiekcie wspanialszym. Oczywiście jak zawsze zasadną jest konstatacja, iż argument Anzelma, jeśli poprawny i konkluzywny, dowodzi jedynie istnienia bliżej nieokreślonego boga, jednak nie Boga abrahamowego. Wszelako taka linia krytyki prowadziłaby do długiej i niepotrzebnej polemiki na temat tego, czy Bóg chrześcijański spełnia definicję czy nie, zatem porzucimy tę ścieżkę.

Chcąc sformalizować ten dowód, napotykamy pewne trudności. Anzelm złośliwie umarł na długo przed tym, jak Frege napisał Begriffsschrift (przyznam, iż chciałbym wiedzieć, jak to się wymawia), więc nie dysponował narzędziami współczesnej logiki. Co więcej obca mu była klarowność znamienna dla dzisiejszej filozofii analitycznej, stąd pojawia się sporo problemów interpretacyjnych, co dotyczy zwłaszcza (4). Nie do końca wiadomo, jak coś może być identyczne z czymś innym, ale jednak czymś różnym. Nie wiadomo też, czy Anzelm traktował istnienie jako predykat albo kantowskie ‘określenie’, choć wydaje się, że nie, a przynajmniej bez trudu można przeformułować argument tak, aby wątpliwości te odeprzeć (więcej o tym przy omawianiu krytyki Kanta). Mimo że dowód wygląda na sformułowany w logice pierwszego rzędu, formalizacja P2 zdaje się wymagać logiki drugiego rzędu. Nie mam zamiaru tak komplikować, więc zanim podam postać formalną, nieco zmodyfikujemy argument Anzelma.

Anzelm zakłada, że porównywać względem wspaniałości można obiekty, które współdzielą wszystkie własności poza istnieniem. My wzmocnimy te przesłankę tak, aby porównywać można było obiekty dowolne, czyli po prostu każdy obiekt istniejący w rzeczywistości jest wspanialszy od nieistniejącego. Mogą pojawić się głosy sprzeciwu, podobnie jak w przypadku oryginalnej wersji, jednak przesłanka ta przynajmniej nie jest na pierwszy rzut oka błędna. Fakt, że do obiektów rzeczywistych przywiązujemy większą wagę, a o rzeczywistych ludzi troszczymy się bardziej niż o bohaterów powieści, jakkolwiek wielkich przymiotów by nie byli, przynajmniej częściowo wspiera tę przesłankę. Dodatkowo skoro wzmocniliśmy P2, dla równowagi osłabimy P3 i założymy po prostu, że COŚ istnieje w umyśle i rzeczywistości. Tutaj z kolei nasza wersja wydaje się bardziej wiarygodna niż anzelmowska, przynajmniej dla tych, którzy nie są solipsystami. Dla uproszczenia dowodu określimy dziedzinę kwantyfikacji jako dziedzinę obiektów istniejących w umyśle, co ograniczy liczbę predykatów. Wyrażenia Bx, Rx i x>y oznaczać będą kolejno ‘x jest Bogiem’, ‘x istnieje w rzeczywistości’ i ‘x jest wspanialsze od y’. RAA oznacza dowód nie wprost. Teraz możemy przejść do formalizacji:

1. (x)(Bx ≡ ~(∃y)y>x) [z definicji]
2. (∃x)Bx [P1]
3. (x)(y)((~Rx & Ry) ⊃ y>x) [P2]
4. (∃x)Rx [P3]
5. ∴ (∃x)(Bx & Rx) [do udowodnienia]
6. ┌~(∃x)(Bx & Rx) [założenie dla RAA]
7. │(x)~(Bx & Rx) [z 6]
8. │Bm [z 2]
9. │Rk [z 4]
10. │~(Bm & Rm) [z 7]
11. │~Rm [z 8 i 10]
12. │(~Rm & Rk) ⊃ k>m [z 3]
13. │(~Rm & Rk) [z 9, 11]
14. │ k>m [z 12, 13 i modus tollens]
15. │ Bm ≡ ~(∃y)y>m [z 1]
16. │ ~(∃y)y>m [z 8, 15 i eliminacja równoważności]
17. │ (y)~(y>m) [z 16]
18. └ ~(k>m) [z 17, sprzeczne z 14]

Tym samym udowodniliśmy, że nasza wersja argumentu jest poprawna (wersja oryginalna również jest, ale musicie mi wierzyć na słowo). Choć ta część miała być ostatnią, to uznałem, że gdybym miał jeszcze w niej uwzględnić omówienie kantowskiej krytyki oraz przytoczenie zarzutów, które są moim zdaniem trafne, wpis wyszedłby nazbyt długi, zwłaszcza, że zawiera on masę jakichś dziwnych znaczków, co do których tylko udaję, że je rozumiem. Z tego powodu polemika pojawi się w części trzeciej, czyli jutro bądź pojutrze. Albo w weekend. Kiedyś.

Spamlista dla zainteresowanych: KLIK

#nowyonanizm #filozofia #ateizm #religia

Przejdź do wpisu

Dodany: 2019-01-08 17:22:22 | Ostatnio wołany: 2019-01-08 17:22:48


O dowodzie ontologicznym cz.1

Po całkiem długiej przerwie wracamy do intelektualnej onanizacji i tym razem na warsztat ponownie weźmiemy jeden z argumentów teistycznych. Argument szczególny, albowiem po stronie ateistycznej jest on nierzadko wyśmiewany jako bzdurny (co w zasadzie spotyka wszelkie argumenty teistyczne), a po stronie, której winien być orężem, również nie budzi większego entuzjazmu. Mowa o argumencie ontologicznym. I już teraz wypada zaznaczyć, że pojęć argumentu ontologicznego oraz dowodu ontologicznego będę używał zamiennie, nie zważając na utyskiwania, bowiem nasz zwyczaj językowy taką zamienność dopuszcza. Część pierwsza, którą właśnie czytacie, jest swoistym preludium. Tutaj omówię, co wyróżnia dowód ontologiczny na tle innych argumentów; dlaczego powinniśmy mówić raczej o dowodach; z jakiego powodu budził tak wielkie zainteresowanie filozofów. Część druga zawierać będzie już sam argument w formie schematycznej; wyjaśnienie, czemu większość internetowych krytyk jest zwyczajnie nietrafiona oraz przykłady, moim zdaniem, trafnych zarzutów. Znajdzie się tam również pewnie kilka wzmianek o problemach formalnych, zatem będzie jeszcze nudniej, niż mogłoby się to zrazu wydawać.

Co odróżnia argument ontologiczny od reszty argumentów za istnieniem Boga? Daje się zauważyć, że nazwa argumentu przeważnie wynika z tego, co bierze on za świadectwo boskiej egzystencji. Argument kosmologiczny dowodzi istnienia Boga, powołując się na istnienie lub powstanie Wszechświata; argument z projektu za przesłankę ma podobieństwo wytworów ludzkiego intelektu do wytworów natury lub całego kosmosu; argument moralny czerpie z istnienia uniwersalnych i niezależnych reguł moralnych. Co jest przesłanką dowodu ontologicznego? Zerkając na nazwę, chciałoby się odpowiedzieć ‘istnienie Boga’. W tym momencie ktoś mógłby rzec ‘To przecież prowadzi do kołowości, a o czyniłoby ten argument błędnym. Hurra, już na wstępnie zniszczyliśmy tę próbę gwałcenia logiki!’. Cóż, nie do końca. Pierwszym problemem jest to, że dowodów ontologicznych sformułowano kilka, stąd ciężko o jedną przesłankę, która łączyłaby je wszystkie. Drugą sprawą jest to, że żaden z nich nie zakłada, że Bóg istnieje, a przynajmniej nie robi tego w sposób jawny i widoczny na pierwszy rzut oka. Co w takim razie charakteryzuje argumenty ontologiczne? Otóż wszystkie w mniejszym lub większym stopniu opierają się na analizie tego, co tak naprawdę miałyby znaczyć nasze koncepty i jakie konsekwencje miałyby z nich wynikać. Stąd ich autorzy przeważnie najpierw dumają nad tym, co znaczy być Bogiem; co znaczy być najwspanialszym; co znaczy istnieć etc., a następnie dochodzą do wniosku, że kiedy dostatecznie długo się nad tym zastanowimy, to wyjdzie nam, że Bóg istnieć musi.

Scharakteryzowaliśmy dowód ontologiczny, ale nadal nie odpowiedzieliśmy na pytanie, czym on różni się od reszty teologicznego towarzystwa. Jednak podpowiedź już padła. Argumenty kosmologiczne, teleologiczne, z projektu etc. łączy to, że opierają się na empirycznych i przygodnych przesłankach. Każdy z nich bierze powszechnie uznany fenomen (choć czasem kontrowersyjnie go przedstawia) i z jego istnienia dedukuje istnienie Stwórcy czy Projektanta. Dowód ontologiczny brzydzi się empirią. Jest to dowód od początku do końca aprioryczny, nieskalany wejrzeniem w świat doświadczenia, a jego ulubione zwierzątka to możliwość i konieczność. I tu zjawia się kolejna sposobność, aby zgładzić tego potwora. Jako wyrzekł hume’owski Kleantes (Dialogi o religii naturalnej):

Rozpocznę od uwagi, że jest oczywistą niedorzecznością utrzymywać, jakoby faktów dowodzić było można demonstratywnie czy też przy pomocy argumentów a priori. Demonstratywnie da się pokazać to tylko, czego zaprzeczenie implikuje sprzeczność. Nic, co da się jasno pojąć, nie implikuje sprzeczności. Cokolwiek pojmujemy jako istniejące, możemy pojąć również jako nieistniejące.

Miło byłoby móc dowodzić istnienia, siedząc sobie spokojnie w fotelu. Aprioryzm to tylko zabawa słowami. Nic z niej nie wynika, zatem jest jałowa, a jałowość to właśnie to, co przyciąga filozofów, czyż nie? Być może, lecz wstrzymajmy się chwilę. Metoda a priori mimo wszystko jest stosowana i to stosowana powszechnie. Chcąc ją odrzucić, musielibyśmy odrzucić też matematykę i logikę. Czy jesteśmy gotowi to zrobić w imię Dawkinsa? Nie sądzę. W cytowanym fragmencie Hume popłynął trochę za daleko. Faktycznie, nie można demonstratywnie dowodzić czegoś, co nie wynika ze sprzeczności, a zatem nie jest logicznie konieczne. Mylił się jednak Kleantes, mówiąc, że żaden sąd pokroju ‘x istnieje’ nie jest logicznie konieczny, albowiem jest koniecznie prawdziwe twierdzenie ‘Istnieje liczba pierwsza większa od 8 i mniejsza od 12’. Proponenci dowodu ontologicznego twierdzą, że Bóg pod względem swojego istnienia jest w pewien sposób podobny liczbom – jego egzystencja wynika z jego istoty. Toteż nie tędy droga.

Zatem jałowość argumentu nie wynika z jego apriorycznego charakteru. Mimo to wydaje się niewyobrażalne, aby mógł on kogokolwiek przekonać do wiary. Dla laika cały dowód to jakieś czary-mary ze słowami i jeśli już jest wierzący, co jest mu on zbędny, jeśli natomiast nie wierzy, nie da się przekonać takim sztuczkom. Wspomniałem jednak, że filozofowie mocno zainteresowali się dowodem ontologicznym. Po części wynika to zapewne z tego, że wszystko, co jałowe, ich przyciąga, lecz byłoby niesprawiedliwie ograniczać tak powody fascynacji. Praktycznie wszyscy zgadzają się, że coś jest nie tak z argumentem, bowiem jak wielokrotnie pokazywano, w podobny sposób do tego, w jaki dowodził boskiej egzystencji św. Anzelm, można dowieść istnienia najwspanialszej wyspy (Gaunilon), nieistnienia Boga (Gasking), a nawet istnienia nieskończenie wielkiej populacji Gwatemalczyków (Plantinga). Łatwo jednak jest wyrzucić popsute urządzenie na śmietnik, trudniej zaś znaleźć przyczynę awarii. Podobnie jest w przypadku tego argumentu. Pokazanie, że można go stosować do dowodzenia absurdów to jedno; wyjaśnić, co jest z nim nie tak – drugie. I to drugie jest znacznie trudniejsze. Pragnę tutaj zaznaczyć, że niestety błyskotliwa refutacja poprzez piaskownicę w wykonaniu Ryszarda Dawkinsa temu zadaniu nie podołała. Swoją drogą błędnie odnosi on kantowską krytykę do argumentu Anzelma, podczas gdy Maniek pisał ją z myślą o argumencie kartezjańskim. Ciężko też kupić historyjkę o tym, jak zagiął kumpli filozofów dowodem na latające świnie, bowiem raczej nikt nie ‘odwoływałby się’ do logiki modalnej w celu refutacji argumentu, który nie byłby w niej sformułowany.

Na koniec wyjaśnię może, dlaczego pisałem o argumentach ontologicznych. Otóż dowód ontologiczny ma bogatą tradycję zapoczątkowaną przez Anzelma w XI wieku. Stulecia przyniosły nam, oprócz jego dowodu z Proslogionu, między innymi dowody Kartezjusza, Malcolma, Gödla i Plantingi. Co z tego dla nas wynika? Choć wszystkie one są argumentami ontologicznymi, to różnią się od siebie, często w sposób znaczący. Różnią się nie tylko treścią przesłanek, ale i stroną formalną. Argumenty Anzelma i Kartezjusza sformułowano w rachunku predykatów pierwszego rzędu (a raczej w nim są rekonstruowane) i oparte są na dowodzie nie wprost; argumenty Malcolma i Plantingi to modalny rachunek zdań w systemie S5; dowód Gödla to modalny rachunek predykatów trzeciego rzędu. Różnice materialne sprawiają, że często trafna krytyka jednej z wersji będzie nieadekwatna w odniesieniu do innej. Tak jest na przykład ze wspomnianą krytyką Kanta, która nie odnosi się do argumentu Anzelma. Więcej o tym w kolejnej części.

***

Rozbicie wpisu ma oczywiście ułatwić czytanie tym, których po lekturze czterech zdań boli głowa. Część druga pojawi się niedługo (tj. w tym kwartale).

Spamlista dla zainteresowanych: KLIK

#nowyonanizm #filozofia #religia #ateizm

Przejdź do wpisu

Dodany: 2018-09-29 10:38:24 | Ostatnio wołany: 2018-09-29 10:38:52


Brak dowodu na istnienie nie jest dowodem nieistnienia, czyli kurwienie logiki cz.2

W poprzednim wpisie omówiliśmy, co sprawia, że dany argument jest logicznie poprawny i na czym polega błąd formalny. Dzisiaj zapoznamy się z błędami nieformalnymi. W dobie poradników dobrych dyskusji, przykazań logiki (jak w obrazku na końcu) i patologicznej tendencji do każdorazowego odsyłania do Wikipedii, i to bez uważnego przeczytania zalinkowanego artykułu, aż strach podać jakikolwiek argument, bo oto zaraz zjawia się samozwańczy obrońca rozumu, który z oskarżycielsko skierowanym na nas palcem wykrzykuje Argumentum ad XYZ!. Pod tagiem #ateizm bez przerwy padają oskarżenia o argument z niewiedzy, zaś wytknięcie czyjegoś braku kompetencji uznawane jest za błąd argumentacyjny. Naiwnie tuszę, że ten wpis choć minimalnie i lokalnie obniży poziom histerii, jaka ogarnęła internetowy dyskurs.

Zanim przedstawie i omówię kilka przykładów błędów nieformalnych, muszę jasno nakreślić kwestię chyba najistotniejszą. Otóż istnieje pewien warunek konieczny, który musi spełnić czyjaś wypowiedź, aby uznać, że tkwi w niej takowy błąd. Tym warunkiem jest, aby wypowiedź ta rzeczywiście miała na celu uzasadnienie jakiejś tezy, albo, innymi słowy, aby zaistniał błąd argumentacyjny, musi zaistnieć argument. Stąd nazwanie kogoś ‘chujem’ nie jest i nigdy nie było przykładem błędu ad hominem (ad personam), bowiem celem użycia tego słowa nie jest wykazanie prawdziwości lub fałszywości stanowiska oponenta, a zwyczajne obrażenie go. Kolejną rzeczą, na którą chciałbym zwrócić uwagę, jest zwyczajna nieskuteczność perswazyjna wrzucania linków do Wikipedii czy też obrazków jak poniżej. Nie wystarczy rzucić ad ignorantiam i liczyć plusiki, radując się z tego, że kogoś ‘zaoraliśmy’; trzeba jeszcze dokładnie pokazać, gdzie ten błąd wystąpił. Zamiast odsyłać do wiki, może lepiej samodzielnie (wiem, to trudne) wytłumaczyć rozmówcy, dlaczego uważamy jego argument za błędny? Tym bardziej, że jak zauważyłem, linki te często rzucane są bezrefleksyjnie i wskazują na to, że linkujący nie zapoznał się z ich zawartością.

Pierwszym błędem, jaki chcę omówić, jest argument kołowy, zwany też circulus in probando lub begging the question. Często można napotkać zarzut begging the question w niewłaściwym kontekście tj. jako zarzut, że dany argument ma wątpliwe przesłanki. Obrazek poniżej również źle wyjaśnia naturę tego błędu (4.), bowiem nie ma nic złego w zakładaniu prawdziwości przesłanek, co więcej, nie widzę sensu w formułowaniu argumentów, którego przesłanki uznajemy za nieprawdziwe. Argument jest kołowy, kiedy zakłada coś, co należy dopiero wykazać. Oto prosty przykład:

Aborcja jest nieetyczna, bowiem uśmiercenie płodu jest złe

Wyrażenia 'aborcja jest nieetyczna' i 'uśmiercenie płodu jest złe' znaczą to samo. Uznanie prawdziwości jednego z nich koniecznie zakłada prawdziwość drugiego. Błąd ten popełniany jest również, kiedy usiłujemy uzasadnić empiryzm, a w konsekwencji naukę, odwołując się do tego, że one działają: to, że empiryzm działa, stwierdzamy empirycznie. Problem ten nie dotyczy tylko empiryzmu i nauki, ale każdego źródła wiedzy, albowiem źródło to będzie godne zaufania, jeśli sformułowane w oparciu o nie przekonanie będzie godne zaufania, jednak będzie ono takie tylko wtedy, kiedy źródło będzie godne zaufania itd.

Wbrew temu, co można wyczytać na obrazku pod numerem 6, nie każdy argument sprowadzający się do dwóch opcji będzie fałszywą dychotomią, inaczej bowiem nie moglibyśmy stosować zasady wyłączonego środka. Fałszywa dychotomia musi być, co za niespodzianka, fałszywa, zaś jej fałszywość może mieć charakter dwojaki:

1. Opcje przedstawione jako sprzeczne w rzeczywistości wcale się nie wykluczają i jest możliwe, aby przyjąć bądź odrzucić je obydwie zachowując logiczną spójność.

2. Opcji jest więcej, a proponent argumentu nie uzasadnił ich odrzucenia.

Genetic fallacy polega na stwierdzaniu fałszywości lub prawdziwości tezy oponenta na podstawie powodów, przez które w nią wierzy. Przykładem będzie:

X wierzy, że katolicki Bóg istnieje, bo urodził się w katolickiej rodzinie
Zatem katolicki Bóg nie istnieje

Albo też:

X wierzy, że katolicki Bóg nie istnieje, bo rodzice zmuszali go do chodzenia na mszę
Zatem katolicki Bóg istnieje

Aby pokazać, że przekonanie jest fałszywe, trzeba argumentować przeciwko jego treści, nie zaś wyjaśniać jego przyczyny. Jednak nie zawsze przywołanie okoliczności formowania przekonania jest błędem argumentacyjnym. W tym i kolejnych przypadkach mam zamiar pokazać, że to, co na pierwszy rzut oka zdaje się podpadać pod łatkę błędu, jest tak naprawdę poprawnym argumentem dedukcyjnym bądź indukcyjnym. I tak argument:

X wierzy, że katolicki Bóg istnieje tylko dlatego, że urodził się w katolickiej rodzinie
Zatem X nie jest racjonalny w swojej wierze

jest dobrym argumentem dedukcyjnym, choć entymematycznym, bo pomija przesłankę:

Jeśli X wierzy, że katolicki Bóg istnieje tylko dlatego, że urodził się w katolickiej rodzinie, to X nie jest racjonalny w swojej wierze

Podobnie jak genetic fallacy, odwołanie do autorytetu (appeal to authority) może przybrać formę błędną i poprawną:

Forma błędna:

X twierdzi, że A
Zatem A

Dosyć mocny argument indukcyjny:

X twierdzi, że A
X jest autorytetem w swojej dziedzinie i A należy do tej dziedziny
Zatem prawdopodobnie A

Który można jeszcze wzmocnić, dodając przesłankę:

Większość innych autorytetów z tej dziedziny zgadza się z X

Jak widać, aby appeal to authority stało się pełnoprawnym argumentem, nasz autorytet rzeczywiście musi być autorytetem, a teza mieścić się z zakresie jego ekspertyzy. Łatwo dać się zwariować w czasach, gdy wyśpiewywane są peany ku czci samodzielnego i krytycznego myślenia, jednak czasem warto zawierzyć ekspertom i taka strategia epistemiczna zdaje się całkiem racjonalna.

Wróćmy jeszcze do obrazka, a konkretnie do punktu 1. Błąd ad hominem (ad personam) nie polega na atakowaniu rozmówcy, a na wysuwaniu z przysługujących mu własności wniosku na temat prawdziwości jego twierdzenia. Więcej, nie chodzi tu o własności w ogóle, a o własności niezwiązane z jego kompetencjami poznawczymi czy niewpływające na jego prawdomówność. I tak argumenty:

X twierdzi, że po jego pokoju biegają białe myszki
X jest pijany
Zatem prawdopodobnie po jego pokoju nie biegają białe myszki

X twierdzi, że ostatniej nocy zaliczył trójkącik
X ma tendencje do zmyślania
X jest brzydki jak noc
Zatem prawdopodobnie X nie zaliczył trójkąciku ostatniej nocy

są mocnymi argumentami indukcyjnymi, zaś argument:

X twierdzi, że A
X jest kobietą/facetem/katolem/ateistą/dzieckiem/żydem/prawicowcem/(tu wstaw dowolną własność niezwiązaną z kompetencjami X)
Zatem nie A

jest błędny. Widać różnicę?

Na koniec gwiazda wieczoru, pogromca tak wykopowych katoli, jak i ateistów. Całe narody padają przed nim na kolana, drżąc ze strachu. Oto argument z niewiedzy:

Nie ma dowodów, że A
Zatem nie A

Albo:

Nie ma dowodów, że nie A
Zatem A

Aby argument był rzeczywiście argumentem z niewiedzy, musi on przybrać taką formę. Wbrew temu, co wypisują geniusze pokroju @lakukaracza_ (w tym wpisie) czy @przesympatyczny_pan (w tym wpisie), a nawet tuzy jutubowego racjonalizmu (w tym filmiku):

1. Inference to the best explanation nie jest argumentem z niewiedzy.
2. Brak dowodów na istnienie czegoś jest całkiem racjonalnym powodem odrzucenia tezy, że to coś istnieje.
3. Argument kosmologiczny nie jest argumentem z niewiedzy (o kurwa xd).

Ad. 2: Wnioskowanie na podstawie braku dowodów na określoną hipotezę jest powszechną praktyką w działalności naukowej, bowiem hipotezy takowe generują przewidywania, zaś brak potwierdzenia tych predykcji można uznać za racjonalny powód odrzucenia hipotezy. Trzymając się samej filozofii, nic nie stoi na przeszkodzie, aby stworzyć poprawny dedukcyjnie argument, biorąc za przesłankę brak dowodów:

Jeśli istnieją jednorożce, to powinniśmy znajdować dowody ich istnienia np. czaszki z rogiem
Nie znajdujemy takich dowodów
Zatem jednorożce nie istnieją

Można podnosić obiekcje wobec pierwszej przesłanki (jednorożce są magiczne), lecz żadna nie zmieni faktu, iż argument ten jest poprawny i błąd nie występuje. Podobnie można tworzyć argumenty indukcyjne. Co więcej, formułując i przywołując określone stanowiska epistemologiczne, uzasadnionym jest argumentować za odrzuceniem tezy o istnieniu jakiegoś bytu na podstawie braku dowodów na jego istnienie, łącząc to z zasadą oszczędności ontologicznej. Taki oszczędny ontologicznie ewidencjalizm byłby wprawdzie stanowiskiem problematycznym do obrony, jednak nie byłoby tam mowy o ad ignorantiam.

Na tym kończymy. Omówiłem wprawdzie tylko nieliczne przykłady błędów, ale zdaje mi się, że tyle wystarczy, aby pokazać zarówno to, co pokazać chciałem, jak i to, czego pokazywać nie chciałem, to drugie bowiem ujawnia się w tym właśnie fakcie, że się nie ujawnia, lecz nie sposób ujawnić tego inaczej jak przez brak ujawnienia, jako że ujawnić wymaga powiedzieć, co jest tożsame z pomyśleć, a ja o tym pomyśleć nie jestem w stanie. Kolejny wpis miał dotyczyć problemów z filozofii logiki, ale to byłyby straszne nudy, podobnie zresztą jak nawet zgrubne omówienie systemów nieklasycznych i rozszerzeń modalnych. Stąd chyba skrobnę nieco na temat tego, czy Frodo jest/był/(?) Powiernikiem Pierścienia, czy ktoś taki jak Frodo istnieje, a jeśli nie istnieje, to co w ogóle istnieje i co znaczy to, że coś istnieje. Chociaż teraz, kiedy to napisałem, stwierdziłem, że to dopiero będzie nudne xd. Jak ktoś ma propozycje, to mile widziane będzie zawarcie ich w komentarzu.

Ach, wszyscy tylko o sensie życia, istocie świadomości, istnieniu boga, Chaosie, wagonikach i o tym, że człowiek działa, a przecież ontologia predykatów i teoria nazw to tak szalenie zajmujące tematy.

Spamlista dla zainteresowanych: KLIK

#nowyonanizm #filozofia #logika #gruparatowaniapoziomu

Przejdź do wpisu

Dodany: 2018-09-02 20:40:48 | Ostatnio wołany: 2018-09-02 20:41:37


Modus bonenz, czyli kurwienie logiki cz.1

Biorąc pod uwagę poziom zidiocenia, jaki po obu stronach osiągnięto w wojnach ateistyczno-religijnych na Wykopie, uznałem, iż dalsze wpisy o filozofii religii nie mają zanadto sensu, tym bardziej, że zainteresowanie nimi wykazują głównie osoby, dla których ich treść jest raczej oczywista. Wykopowi racjonaliści, choć to do nich głównie kierowany był cykl, nie byli skorzy, by wdawać się w jakąkolwiek polemikę w komentarzach (nie licząc zaprezentowania nowatorskiej metody słownikowej), byli bowiem zbyt zajęci pisaniem o czajniczkach i logicznym myśleniu. Czytając jednak po raz setny o tym, że brak dowodu na istnienie nie jest dowodem nieistnienia, zaś abdukcyjny argument z najlepszego wyjaśnienia jest argumentem z niewiedzy, łacno zauważyć, że wiedza na temat logiki oraz tego, co odróżnia poprawne argumenty od błędnych, jest godna pożałowania. I to nie tylko pod tagami #ateizm i #religia. Tym samym uznałem, że warto by przybliżyć, co czyni argument logicznie poprawnym; że brak dowodu czasem czegoś dowodzi; że ad hominem bywa poprawnym argumentem indukcyjnym i że wbrew powszechnemu mniemaniu na polu filozofii logiki znaleźć można równie wiele kontrowersji, co w debacie o istnieniu boga czy aborcji. Z powodu tematyki wpisy te będą chyba jedynymi, które kiedykolwiek otaguję #gruparatowaniapoziomu.

Ten odcinek poświęcimy temu, na czym polega błąd formalny, zatem i temu, co sprawia, ze dany argument jest poprawny. Zanim jednak przejdziemy dalej, muszę zastrzec, że ten i kolejne wpisy dotyczyć będą głównie logiki dedukcyjnej, toteż problemy wnioskowań indukcyjnych zostaną w znacznej mierze pominięte. O tym, czym się różni rozumowanie dedukcyjne od indukcyjnego, można przeczytać choćby na angielskiej wiki, więc daruje sobie kreślenie rozróżnień, podobnie jak definiowanie tego, czym logika jest i co nazywamy argumentem*. Tym jednak, którzy są całkowicie zieloni w tym temacie, polecam wybredność w wyborze źródeł informacji, bo często są lepsze sposoby nauki niż oglądanie filmiku na YouTube. Po takim wstępie możemy już przejść do meritum.

Jeśli mamy do czynienia z argumentem dedukcyjnym, to jego poprawność (validity) stwierdzimy, jeżeli struktura argumentu sprawia, że niemożliwym jest uzyskanie fałszywego wniosku z prawdziwych przesłanek. Błędem nowicjusza jest uznanie, że skoro nasz wniosek jest prawdziwy, to i argument jest poprawny, bowiem prawdziwość ta może mieć jedynie charakter przygodny. Weźmy następujący sylogizm:

Niektóre Wykopki są stulejami
Niektóre Wykopki są ateistami
Zatem niektórzy ateiści są stulejami

Wniosek bezpiecznie można uznać za prawdziwy (chociaż sam stuleją się nie czuję), lecz nie sprawia to, że nasz argument jest poprawny. Bo nie jest. Następny sylogizm ma tę samą strukturę:

Niektóre ssaki są psami
Niektóre ssaki są kotami
Zatem niektóre koty są psami

Wniosek jest trywialnie fałszywy, choć obie przesłanki są prawdziwe, tym samym argument jest błędny. Warto wbić sobie do łba (a potem, jak zobaczymy, wybić z niego), że argument jest poprawny wtedy i tylko wtedy, gdy byłoby sprzecznością otrzymać fałszywy wniosek z prawdziwych przesłanek. Argument, w którym przesłanki i wniosek są fałszywe, nadal może być argumentem poprawnym i pod względem logicznym może mu nic nie dolegać. W angielskiej literaturze oprócz określenia validity figuruje też soundness, my zaś będziemy używać słowa konkluzywność. Argument konkluzywny (sound) to taki, który oprócz poprawnej formy ma wszystkie przesłanki prawdziwe, a zatem i z konieczności prawdziwy wniosek. Ocena konkluzywności, czyli materialnej strony wnioskowania, zawsze jest zabiegiem jednostkowym i nie sposób wskazać żadnych reguł, na których miałoby się to odbywać. Osobiście mam wątpliwości, czy można stwierdzić, czy takie rozumowania w ogóle istnieją. Chodzi tylko o to, aby nie mylić tych dwóch własności. Tu mamy przykład poprawnego argumentu, którego konkluzywność jednak jest niepewna, nawet gdyby wniosek był prawdziwy:

Osoba ma prawo do życia
Istnieje płód, który jest osobą
Zatem istnieje płód, który ma prawo do życia

Jakby ktoś miał wątpliwości, poprawność argumentu łatwo udowodnić przed dowód nie wprost :

1. (x)(Ox ⊃ Żx)
2. (∃x)(Px & Ox)
3. [ ∴ (∃x)(Px & Żx)
4. ┌ ZAŁ: ~(∃x)(Px & Żx)
5. │ (x)~(Px & Żx) (z 4.)
6. │ (Pa & Oa) (z 2.)
7. │ ~(Pa & Ża) (z 5.)
8. │ ~ Ża (z 6. i 7. oraz własności koniunkcji)
9. │(Oa ⊃ Ża) (z 1.)
10. └ ~Oa (z 8. i 9. oraz modus tollens) (sprzeczne z 6.)
11. ∴ (∃x)(Px & Żx)

Skorośmy już powiedzieli sobie, co czyni argument poprawnym, to teraz łatwo już zrozumieć, że błąd formalny to błąd zawarty w samej strukturze wnioskowania, który umożliwia sytuację, w której wniosek jest fałszywy mimo prawdziwych przesłanek. W przypadku ludzi nieobeznanych w logice to błąd bardzo częsty, zwłaszcza w debatach telewizyjnych, u logików i filozofów (także tych od religii) jednak zdarza się bardzo rzadko. Częstym błędem u adeptów jest połączenie reguł modus ponens i modus tollens. Każda z nich uznawana jest za pewną regułę wnioskowania i obie oparte są na właściwościach implikacji. Modus ponens polega na wywnioskowaniu prawdziwości następnika z prawdziwości poprzednika:

P ⊃ Q
P
∴ Q

modus tollens zaś z fałszywości następnika wyciąga wniosek o fałszywości poprzednika:

P ⊃ Q
~Q
∴ ~P

Z pomieszania obu tych reguł można stworzyć coś, co roboczo nazwałem modus bonenz:

P ⊃ Q
~P
∴ ~Q

Albo:

P ⊃ Q
Q
∴ P

Biorąc pod uwagę wszystko, co zostało tutaj napisane, może zdawać się, że sprawa jest prosta. Wystarczy chwilę pobawić się dowodzeniem, poznać poprawne struktury argumentów i potem z automatu można rozpoznawać i odrzucać argumenty błędne. Niestety, okazuje się, że takie struktury nie są uniwersalne, i choć w dziewięciu przypadkach na dziesięć argumenty można sprawdzać w sposób mechaniczny, to w końcu trafimy na taki, który posiada taki sam schemat, lecz jest niepoprawny. Oto poprawny argument:

Michał Białek wcina rogale
Michał Białek to właściciel Wykopu
Zatem Właściciel Wykopu wcina rogale

1. Rb
2. b=w
3. [ ∴ Rw
4. ┌ ZAŁ: ~Rw
5. └ ~Rb (z 2. i 4.) (sprzeczność z 1.)
6. Rw

Weźmy teraz argument o dokładnie takiej samej strukturze, jednak dotyczący treści umysłowej Seby. Seba kategorycznie nie wierzy w istnienie bogów greckich, jednak jako prawdziwy prawilniak skończył jedynie gimnazjum i poszedł do OHP. Nie można też powiedzieć, żeby specjalnie uważał na lekcjach. Hekate jest imieniem jednej z greckich bogiń, bogini czarów. Czyli:

Seba nie wierzy w istnienie greckiej bogini czarów
Hekate jest grecką boginią czarów
Zatem Seba nie wierzy w istnienie Hekate

Problem w tym, że Seba, jako nieuk i ignorant, nigdy nie słyszał tego imienia, toteż nie może mieć w swoim umyśle żadnego przekonania dotyczącego Hekate i z tego powodu nasz wniosek jest fałszywy, chociaż obie przesłanki prawdziwe. Logiczne, c’nie?

Po co ja w ogóle piszę takie nudne rzeczy? Otóż mam nadzieję, nikłą wprawdzie, że gdy następnym razem ktoś z czytających będzie chciał przywołać do pomocy logikę albo określi coś logicznym, sądząc jednocześnie, że to rozwiązuje spór, stanie wobec wątpliwości. Z tego, że coś jest logicznie poprawne, niewiele wynika, a i sama logiczna poprawność nie jest tak znowu oczywista. Z drugiej strony pojmie może, że choć oponent ma inne zdanie, to nie kurwi logiki, bo posiadanie racji nie jest nierozerwalnie związane z poprawnością argumentu. Logicy na przestrzeni wieków wyróżnili i nazwali szereg reguł wnioskowania, choćby wzmiankowane modus ponens i tollens. W dwudziestym wieku pojawili się jednak inni logicy, którzy podali pod wątpliwość dotychczasowe dogmaty (tak, dogmaty występują również poza religią) i tak narodziły się systemy nieklasyczne, a logika stała się polem równie zażartych dysput jak etyka. O tym jednak w przyszłości, a kolejny odcinek poruszy już bardziej ciekawy, zdaje mi się, temat, mianowicie błędy nieformalne. I tak, będzie o ad ignorantiam.

* Zdania pytające i rozkazujące (pomijając logikę deontyczną) nie są zdaniami logicznymi.

Spamlista dla zainteresowanych tym gównem: KLIK

#filozofia #nowyonanizm #logika

Przejdź do wpisu

Dodany: 2018-07-26 10:52:18 | Ostatnio wołany: 2018-07-26 10:52:37


Obcować z bogiem

Leżałem nocą w swym łóżku i spoglądałem na owalne lico księżycowe. Strugi jego blasku srebrzystego zmywały senny piach z moich oczu. W kątach mego pokoju przyczaiły się cienie znajome. Tchnienie nocy majowej wpadało przez rozwarte okno, muskając firanę, i niosło przed sobą woń drzew wiśniowych, co w sadzie zakwitły. Kiedym tak leżał, zezując leniwie na przepływające myśli, serce moje poruszyło się znienacka. Poczułem napięcie rosnące, jak gdyby ciało każdą swoją cząstką na baczność stanęło, choć przecież nie ruszyłem się z miejsca. Zdało mi się, że czas wstrzymał swój bieg i świat cały zamarł wraz ze mną w tym oczekiwaniu niejasnym. Wtedy usłyszałem głos mówiący „Onan, napiszże coś wreszcie”. Wstałem z łóżka i włączyłem laptopa, po czym otwarłem Wykop. To, com tam ujrzał, ugasiło ten zapał przed chwilą wzniecony, wszelako głos znów rozkazał mi pisać. Myśl jednak mnie opadła, co było tego głosu źródłem i czy aby istniały usta, które te słowa wyrzekły…

Dzisiaj podejmiemy starania, aby te wątpliwości rozwiać. Jeśli powyższy wstęp jest nadto mętny, prostuję, iż tematem odcinka jest argument z doświadczeń religijnych. Wiedziony nieznaną mi wcześniej troską, aby nadać moim wpisom pozory naukowości, usiłowałem znaleźć przykłady dyskusji temu poświęconych na polskich stronach ateistyczno-racjonalistycznych, szybko jednak lenistwo moje wzięło górę i projekt ten zarzuciłem. Znalazłem wprawdzie dwa filmy na kanale „Śmiem Wątpić”, lecz ich długość odstraszyła mnie skutecznie, nie wspominając o tym, że jestem zwolennikiem starej szkoły polemicznej. Film jest film, tekst jest tekst – tak mawiał Pan Derrida, a ja się z tym zgadzam, albowiem pisanie jest czytaniem (tak mawiają bodaj w Białymstoku). Stąd też, jak zwykle zresztą, zdani jesteście na moją uczciwość w prezentowaniu cudzych stanowisk, a tej za wiele nie posiadam.

Nim przejdziemy do omawiania tego, jak zwykło się argumentować w oparciu o istnienie doświadczeń religijnych, określmy sobie, co takowym mianem będziemy tu nazywać. Próżno jednak będzie silić się na precyzyjne definicje i ostre rozgraniczenia, jako że doświadczenie samo rzadko bywa ostrym. Zamiast tego przytoczę kilka skojarzeń, jakie osobiście wiążę z tym terminem, licząc na to, że intuicja dokona reszty i zwiąże je ze sobą w sposób należyty. Otóż kiedy piszę „doświadczenia religijne” mam na myśli zarówno doznania percepcyjne, jak nagła światłość, słyszenie głosów, uczucie obecności etc., jak i stanów afektywnych. Do tych drugich zaliczam m.in. niespodziewaną euforię mimo braku wyraźnych przyczyn, wrażenie, iż ktoś czuwa nad nami itp. Jedne i drugie doświadczenia mogą zjawiać się w natężeniu słabym lub mocnym, zaś ich przedmiot jawić się może wyraźnie lub w sposób subtelny. Ktoś jednak mógłby teraz zaoponować, że takie i podobne doświadczenia spotykają każdego, a mimo to nie zawsze przypisujemy im znaczenie religijne. Rzeczywiście, przeżyciom tym nadamy charakter religijny tylko wtedy, gdy legną one u podstawy narodzin religijnych przekonań lub przekształcą je w jakiś istotny sposób. Takowe przekonania mogą przybrać kształt konkretny i określony, jak i mętny i ogólny; od uznania takiej a takiej religii po niejasne przeświadczenie o istnieniu potęgi wyższej.

Zajmiemy się tu wyłącznie epistemologicznym aspektem doświadczeń, pomijając kwestie psychologiczne, przynajmniej do czasu kreślenia wniosków końcowych. Doświadczenie religijne bywa używane czasem jako część argumentu dedukcyjnego, częściej indukcyjnego, najczęściej jednak przywoływane jest przez ludzi nieobeznanych w filozofii, a wtedy argumenty te nie przyjmują postaci uporządkowanej. Często również służą dowodzeniu obiektywnego istnienia przedmiotu tych doświadczeń. Takimi argumentami nie będziemy się tu zajmować, albowiem jako racjonaliści (xD) doskonale znamy pułapki empiryzmu, byłoby to zatem stratą czasu. Przyjrzymy się przywoływaniu doświadczeń religijnych w sposób bardziej przemyślany. Rdzeń takich argumentów prezentuje się następująco:

Doświadczenia religijne we wszystkich istotnych aspektach przypominają pozostałe doświadczenia zmysłowe
Pozostałe doświadczenia zmysłowe stanowią dobre uzasadnienie dla przekonań z nich opartych
Zatem doświadczenia religijne stanowią dobre uzasadnienie dla przekonań z nich opartych

Rozpoznajemy w nim argument z analogii, czyli argument indukcyjny. Zostawmy jednak problemy związanie z tą metodą wnioskowania, gdyż roztrząsanie tego wymaga dużo więcej miejsca, i przyjmijmy, że indukcja jest prawomocnym narzędziem argumentacji. Zastanówmy się, jakie słabości tkwią w powyższym rozumowaniu.

Nie musimy już na samym początku wypływać na szerokie wody mórz epistemologii. Odwołamy się do chłopskiego rozumu. Panuje raczej powszechna zgoda, iż umysł ludzki i zmysły często ulegają złudzeniom. Widujemy rzeczy, których, kiedy spojrzymy ponownie w to samo miejsce, już tam nie ma. Po pijaku nierzadko miewamy wrażenie, że oto cały świat wiruje lub ta dziewczyna przy barze jest nadzwyczaj urodziwa, lecz kiedy budzimy się razem z nią rankiem dnia następnego, przeżywamy rozczarowanie. Zważywszy na fakt, że doświadczenia o zabarwieniu religijnym występują rzadko, a dodatkowo różnią się one od siebie znacząco, wydaje się całkiem prawdopodobne, że ich treść ma charakter iluzoryczny. Idąc dalej, wypada przywołać odkrycia neurobiologii. Oto dowiadujemy się, iż podobne doznania występują również przy stanach padaczkowych; że odpowiednia stymulacja farmakologiczna czy elektromagnetyczna przywołuje doświadczenia podobne tym, które opisują mistycy. Wszystko powyższe wskazuje na to, iż podłoże doświadczeń religijnych jest w pełni neurologiczne i nie odzwierciedlają one nic, co ma miejsce w rzeczywistości obiektywnej. To pozwala odrzucić wniosek powyższego argumentu.

Przyjmując tę linie krytyki, napotykamy jednak istotne trudności. Dokładnie przy pomocy tych samych argumentów można podważyć jakiekolwiek doświadczenie i empiryzm jako taki, a przecież chyba wszyscy w mniejszym lub większym stopniu polegamy na treści zmysłowej, kiedy przychodzi do formułowania sądów o świecie zewnętrznym. Gdy zaakceptujemy taką krytykę, podważymy same argumenty, te bowiem wywiedzione są właśnie z doświadczenia., toteż powołanie się na fakty naukowe sprawi, że zanegujemy prawomocność samych faktów. Tym samym staje się jasne, że konieczne jest podważenie pierwszej przesłanki naszego argumentu z analogii i rozerwanie tej relacji podobieństwa, jaka ma łączyć przeżycia religijne z reszta naszego doświadczenia. W takim razie należy zadać sobie pytanie o to, co odróżnia te dwie sfery ludzkiego poznania. Nie wystarczy jednak wskazać na dowolne różnice, bowiem muszą być one istotne dla analogii (częsty błąd w przypadku tego typu rozumowań). Czy takowe istnieją?

Pierwsze, co przychodzi na myśl, to intersubiektywność, a co za tym idzie możliwość weryfikacji naszych przekonań przez inne podmioty. Kiedy spoglądam na drzewo rosnące na łące, tworzę pewne przekonanie na jego temat. Mogę wtedy przyprowadzić tam znajomego i spytać, czy on również widzi tam drzewo, czy to drzewo wygląda według niego tak a tak etc. Jeśli potwierdzi, zyskuję dodatkowe uzasadnienie dla swoich przekonań; jeśli nie, opadną mnie wątpliwości. Ktoś może wszakże zauważyć, że ukryliśmy tu kilka założeń, które, choć powszechne, wcale nie są pewne. Założyliśmy między innymi istnienie innych podmiotów oraz to, że ich treść zmysłowa odpowiada naszej, a przecież mój znajomy może postrzegać coś zgoła odmiennego, używając jednocześnie tych samych pojęć z języka naturalnego, aby opisać obserwowany fenomen. Wreszcie wykazałem się nie lada ufnością, wierząc, iż znajomy mnie nie okłamuje. Pozbywając się tych założeń, nadal jednak mogę moje przekonania w pewien sposób zweryfikować. Przypuśćmy, że patrzę na drzewo, stojąc w pewnej odległości od niego. Jak mogę sprawdzić, czy mnie wzrok nie mami? Mam możliwość zbliżyć się doń i na przykład położyć dłoń na pniu. Jeśli poczuję dotyk kory, moje przekonanie o istnieniu drzewa wzmocni się, bowiem dokonałem weryfikacji przy pomocy innego zmysłu. Mogę również wrócić w to samo miejsce po kilku dniach, aby sprawdzić, czy drzewo, albo jakaś jego pozostałość, nadal tam jest.

Doświadczeniom religijnym, jak się zdaje, brakuje obu tych cech. Głosy przemawiają w różnych okolicznościach i różne słowa wypowiadają, Chrystus zjawia się to na krzyżu, to bez niego, Bóg zaś ujawnia swój majestat tylko wybranym. Doświadczenia te przychodzą spontanicznie i w różnorakich sytuacjach, nie możemy zatem przeżywać ich na nowo w celu zdobycia kolejnych upewnień. Gdybym, patrząc na kwiat maku, doznał nagle poczucia boskiej wspaniałości, łatwo jest przewidzieć, co odpowiedziałby mi mój znajomy, kiedy zapytałbym go, czy poczuł coś podobnego. Wobec tych zarzutów wydaje się, że argument z analogii trzęsie się w posadach. Niestety, kiedy przyjrzymy się lepiej naszym różnicom, okazuje się, że występują one również między doświadczeniami pozbawionymi rysu religijnego. Często stawać musimy wobec fenomenów unikalnych, które w trakcie naszej egzystencji mają miejsce tylko raz, co uniemożliwia nam drugi ze sposobów na weryfikację, jak i mierzymy się z nimi samotnie, co przekreśla intersubiektywność. Mimo to nieracjonalnym byłoby nie uwzględniać ich w swoich rachubach i nikt tego od nas nie wymaga, co najwyżej zaleca pewną dozę sceptycyzmu.

Z zagadnieniem intersubiektywności związana jest jeszcze inna kwestia. Otóż treść doświadczeń religijnych nader często zależna jest od religii, jaką wyznaje podmiot, albo chociaż kręgu kulturowego, w jakim został wychowany. Buddyści nie miewają wizji gołębic czy krzyża, chrześcijanom nigdy nie ukazuje się Zeus. Zauważmy jednak, że mimo tej różnorodności jest pewien wspólny rdzeń wszystkich doświadczeń religijnych. Wszyscy, którzy je przeżyli, zgodni są co do tego, że obcowali z jakimś odmiennym wymiarem rzeczywistości lub czuli obecność potęgi wyższej. Choć taka zmienność może rzucać cień na to, czy konkretne doświadczenia dowodzą prawdziwości konkretnej religii, w żaden sposób nie przekreśla tego, iż istnienie ogółu takowych doświadczeń stanowi potwierdzenie dla przekonania, że nasz świat życia codziennego nie jest jedynym.

Podsumujmy, albowiem wpis nie może być za długi, bo wtedy przeczyta go może pięć osób i to najpewniej takich, dla których powyższa treść jest oczywista. Nie sposób podważyć roli doświadczeń religijnych w uzasadnieniu przekonań na nich wzniesionych bez odmówienia tego statusu doświadczeniu ludzkiemu w ogóle. Wydaje mi się, że należy uznać racjonalność wiary nadbudowanej na bazie takich przeżyć, o ile osoba wierząca sama była podmiotem doznającym; nie potrafię bowiem sobie wyobrazić, że cudze doświadczenia przekonają do wiary kogokolwiek. Praktyczna konieczność zmusza nas, abyśmy zaufali temu, co przynosi nam nasze doświadczenie, wszak odrzucając je, tracimy jedyne narzędzie naszego obcowania ze światem. Jako że nad serią unosi się pragmatyczny duch Jamesa, warto wspomnieć o wyjątkowo pozytywnym wpływie, jaki doświadczenia religijne wywierają na ludzką egzystencję. Jednostkom złamanym potrafią one przywrócić chęć do życia, a ludziom zagubionym wskazują drogę, na której znajdują spełnienie i szczęśliwość. Pijakom pomagają w zerwaniu z nałogiem, zaś z egoistów czynią rycerzy miłosierdzia. Wielu odrzuca pragmatyczne ujęcie religii, twierdząc, że zastępuje ona boga wiarą w niego, a odpowiedź na pytanie, czy należy wierzyć, zależy przecież od tego, czy on rzeczywiście istnieje. Wypada jednak zadać sobie pytanie, czy taki bóg sam dla siebie budzi jakąkolwiek cześć? Czy prawdziwie istotnym jest to, czy bóg jest? Może jednak ważniejszą kwestią jest to, jak możemy zeń skorzystać. Czy idea boga służyć ma jedynie jałowej admiracji, czy lepiej zaprząc ją do czynu? Wartość doświadczeń religijnych być może nie tkwi wcale w tym, że wiernie oddają rzeczywistość, ale w tym, jak kształtują ludzki żywot.

***

Z powodu wakacji zaniecham tymczasowo pisania kolejnych wpisów bezpośrednio dotyczących religii. Wymagają one zbyt wiele czasu, spędzonego głównie na myśleniu, którego to czasu w tych miesiącach bardzo mi szkoda. Mógłbym wprawdzie posklejać kilka tekstów i rzucić garścią linków do artykułów poświęconych omawianym problemom, jednak seria ta w pierwszej kolejności ma skłaniać do refleksji, również mnie samego. Dodatkowo we współczesnej epistemologii wiary jest tak wiele różnych koncepcji i fachowej terminologii, że dla przeciętnego plusującego z Wykopu byłaby to lektura trudna i nudna (dla mnie zresztą też taką bywa). Z tego powodu kolejny odcinek omówi często przywoływane błędy logiczne i to, jak często wcale nie są one błędami, tylko pełnoprawnymi argumentami indukcyjnymi. Potem, kto wie, być może zaparzymy herbatę w czajniczku.

Spamlista dla zainteresowanych: KLIK

#nowyonanizm #ateizm #filozofia #religia

Przejdź do wpisu

Dodany: 2018-06-26 08:59:04 | Ostatnio wołany: 2018-06-26 08:59:40


Sfalsyfikować dowód weryfikacji

Kiedy dyskusja dotyczy religii, a dokładniej rzecz biorąc związanych z nią kwestii epistemologicznych, wypowiedzi przynajmniej części krytyków zdają się łudząco przypominać rozprawy libertarian, z tą niewielką różnicą, że funkcję słowa natura (i jego pochodnych) przejmuje nauka (i jej pochodne). Jednak w obu przypadkach nie sposób wydobyć żadnej treści, z którą można by uczynić coś konstruktywnego. Osobiście dziwię się, dlaczego zarzuty pokroju „Twierdzenia religijne są niefalsyfikowalne/nienaukowe/niedowodliwe” nie spotykają się z jedyną właściwą ripostą: „I co z tego?”. Jeszcze nigdy na Wykopie nie natrafiłem na żaden konkretny argument, dlaczego miałoby to świadczyć przeciw religii (zachęcam jednak do formułowania takowych w komentarzach, byleby z głową), bo rzucanie różnorakich kombinacji słów nauka, falsyfikacja i dowód w nadziei na to, że wyjdzie nam bodaj z tego coś smacznego, jest raczej mało skutecznym sposobem perswazji. W tym odcinku nie wybierzemy się jednak w rejs, aby wytyczać granicę wód pod panowaniem czy to nauki, czy religii. Misję obierzemy znacznie skromniejszą, ale i tak, mam nadzieję, zdołam wskazać na to, że dowód wcale nie jest taki pewny i że zbyt często zwleka on z przyjściem do nas, choć potrzeba nagli. Ujrzymy też, iż bez względu na to, gdzie nasz horyzont jest i jak wiele obejmuje, za jego granicą zawsze coś pozostaje i na niej świat się nie kończy. I niech takie metaforyczne ujęcie nikogo nie odstraszy, bowiem na tym koniec. Tu jest Wykop.

Zastanówmy się w pierwszej kolejności, czy niemożność falsyfikacji bądź weryfikacji twierdzeń religijnych przekreśla je lub dyskredytuje. Otóż odpowiedzieć należy: „To zależy”. A zależy to od tego, czego od nich wymagamy. Pan Popper sformułował kryterium falsyfikacji po to, by odróżnić twierdzenia naukowe od pseudonaukowych. Bynajmniej nie dlatego, że te pierwsze są prawdziwe, drugie natomiast nie. Teorie to jedynie narzędzia, a w przypadku narzędzi główną cechą, na której nam zależy, jest ich użyteczność. Jednakże aby tę użyteczność stwierdzić, trzeba te narzędzia jakoś zaprząc do czynu. Póki sprawują się zadowalająco, póty je trzymamy, kiedy natomiast zawiodą lub dostaniemy w ręce coś lepszego, rezygnujemy z nich. I tak twierdzenia naukowe to właśnie narzędzia, z którymi można coś zdziałać, podczas gdy te pseudonaukowe żadnej użyteczności nie posiadają. Atoli nie jest to wpis o filozofii nauki, toteż nie będę dalej zarysowywał tej problematyki. Wskazać pragnę jedynie na to, iż przyjmując falsyfikacjonizm, winniśmy również pamiętać o instrumentalnym charakterze teorii naukowej.

Czy zatem należy postawić religie obok pseudonauki, jak to często ma miejsce? Z twierdzeniami religijnymi nic konstruktywnego nie zrobimy, przynajmniej jeśli naszym celem jest lot na Marsa. Użyteczność jednak różne ma miary i definicje, zaś wielość potrzeb, celów i pragnień człowieka nie daje się zredukować do budowy rakiety kosmicznej lub podgrzewanego sedesu. Mówienie, że religia jest nienaukowa, to jak mówienie, iż jakaś przyprawa nie nadaje się na drut do migomatu. Jak najbardziej jest to prawda, tyle że nic istotnego z tego nie wynika. Chęć falsyfikacji wszystkiego w końcu napotka ścianę nie do przebicia, a jest nią samo kryterium falsyfikacji. Skoro przynajmniej jednego twierdzenia nie sfalsyfikowaliśmy, a mimo to uznajemy je i stosujemy w praktyce, dlaczegóż to nie mielibyśmy postąpić tak z innymi, przez nas wybranymi? Kto wyznacza pulę poglądów niefalsyfikowalnych, jaką można wyznawać? Warto przy tym dodać, że u Poppera falsyfikacja była jedynie szczególnym przypadkiem szerszego podejścia krytycznego. W odróżnieniu od przedstawicieli Koła Wiedeńskiego nie uznawał on twierdzeń religijnych i metafizycznych, a zatem twierdzeń nieweryfikowalnych i niefalsyfikowalnych za bezsensowne i zbyteczne. Krytycyzm nie kończy się na falsyfikacji i obejmuje choćby metody dedukcyjne, które już w takich kategoriach sądów jak najbardziej znajdują zastosowanie. Nie ma przy tym wątpliwości, że tam, gdzie religia usiłuje wkraczać na naukowe podwórko, zarzut powyższy nabiera znaczenia. Nie zapominajmy jednak, że twierdzenia takie nie stanowią samej doktryny, ani też nie składają się na esencję tego, co nazywamy tutaj religią.

Skoro padła już wzmianka o Kole Wiedeńskim, warto na krótko przy nim się zatrzymać i zauważyć, iż poglądu „Każde twierdzenie musi być weryfikowalne” również nie da rady zweryfikować. Nie zaszkodzi bowiem przytoczyć, jako raczej ciekawostkę niż jakikolwiek argument, skąd ten nacisk na weryfikację u Wiedeńczyków. Przyjmując zalecaną przez Wittgensteina w Traktacie analizę logiczną, zauważyli, że zdania dotyczące religii lub metafizyki nie posiadają sposobu na weryfikację, zatem, znów w wittgensteinowskim rozumieniu, są pozbawione sensu i są jedynie zawoalowanym wyrazem emocji czy stanów kognitywnych. Z tego powodu miały być to śmieci na polu wiedzy ludzkiej, które, w odróżnieniu od tez nauk przyrodniczych, hamowały pochód rodzaju ludzkiego ku świetlanej przyszłości zrozumienia i dobrobytu. I rzeczywiście, według Wittgensteina te twierdzenia były bezsensowne, lecz zdania sensowne i teorie naukowe były dlań bezwartościowe, a prawdziwa wartość tkwiła właśnie w tych śmieciach. Religia i metafizyka miały być efektem nieustannych prób ducha ludzkiego, w których usiłował on wyrazić coś, co wyrażone w języku być nie może, przez co próby te z góry skazane są na porażkę, a jednak właśnie to niewyrażalne jest naprawdę cenne. Cała ta dygresja jest tu niejako z boku, ale być może zaszczepi ona jakieś ziarna zwątpienia u tych, którzy i dziś podzielają punkt widzenia pozytywistów.

Przejdźmy do kolejnego punktu dzisiejszego odcinka, którym to jest ewidencjalizm. Pogląd ten zawrzeć można w nakazie „Nigdy nie przyjmuj żadnego twierdzenia za prawdziwe bez dowodu”, w wersji naiwnej, lub też „Nigdy nie przyjmuj żadnego twierdzenia za prawdziwe bez dostatecznego uzasadnienia”, w wersji umiarkowanej. Oczywiście odmian ewidencjalizmu namnożyło się mnóstwo, jednak nie ma tu miejsca, by je po kolei omawiać. Wydaje się jednak, że te dwa przykłady w zupełności wystarczą, aby pokazać, z jakimi problemami boryka się to stanowisko. Po pierwsze, i tyczy się to obu wersji, takie rygory deontyczne niestety prowadzą do hipokryzji lub całkowitego paraliżu poznawczego. Są twierdzenia, które musimy przyjąć bez dowodu (np. samą regułę ewidencjalizmu), choćby po to, by jakikolwiek dowód przeprowadzić (aksjomaty logiczne etc.). Wielu ludzi jakimś cudem potrafi godzić naiwny ewidencjalizm i przekonanie, że Ziemia nie zatrzyma się nagle w ciągu najbliższych sekund, a przecież nie da się wykazać, że tak się nie stanie. Uprzedzając odwołania do praw fizyki – to tylko przenosi nas poziom wyżej i każe spytać, skąd wiadomo, że za sekundę te prawa nadal będą obowiązywać. Bo co mówi nam fakt, że dotychczas obowiązywały, o tym, iż będą obowiązywać nadal?
Istnieją również przypadki, gdzie nieracjonalnym byłoby odrzucać jakiś pogląd tylko dlatego, że brak na niego dowodu. William James w Prawie do wiary przywołuje kilka takich przykładów, wśród nich przykład mężczyzny, który usiłuje zdobyć serce kobiety, a który musi założyć, że jego konkury mogą się powieść – inaczej po cóż miałby podejmować jakikolwiek trud? Co ze wspinaczem, który stoi nad rozpadliną i ma do wyboru spróbować ją przeskoczyć, choć nie może mieć dowodu na to, że mu się uda, lub zaczekać na dowód i runąć w dół z wyczerpania? O sporze Jamesa z Cliffordem będzie jeszcze w przyszłości, toteż w tym miejscu się zatrzymam, resztę zostawiając na odcinki, które mają dopiero nadejść.

Po drugie żadnego twierdzenia nie da się udowodnić ponad jakąkolwiek wątpliwość. W indukcji ciąży nad nami problem indukcji, na polu dedukcji zdani jesteśmy na prawdziwość przesłanek. To przekreśla naiwną odmianę ewidencjalizmu. Pozostaje nam wersja umiarkowana i w tym wypadku zjawia się pytanie o to, kiedy przekonanie jest dostatecznie uzasadnione. Kto to ustala? Wszak jednemu wystarczy ledwie sugestia, inny wymagać będzie ciągłych potwierdzeń. Czy ta granica obowiązuje wszystkie poglądy, czy może jest płynna?
Warto zastanowić się, czy w świetle tych problemów, zarzut, jakoby twierdzenia religijne były nieudowodnione lub wręcz niedowodliwe ma jakąś większą wagę. Skoro bowiem pewne twierdzenia można, i trzeba, brać bez dowodów, to odbieranie tej możliwości, kiedy rozpatrujemy tezy o charakterze religijnym, jest już wyrazem prywatnego widzimisię, a zatem jako takie może zostać odrzucone czy zignorowane, zwłaszcza wobec znaczenia funkcjonalnego i praktycznego religii. Zdaje mi się, że każdy winien zastanowić się szczerze, czy prawdziwość lub fałszywość religii ma koniec końców jakiekolwiek znaczenie, nawet gdyby i tak miał ostatecznie uznać, że jednak owszem, bowiem nie o rozstrzygnięcia nam tutaj chodzi, a o przyczynek do myślenia.

***

Dziś wpis o wyrazie nieco odmiennym od poprzednich. Miało być o doświadczeniach religijnych, a co wyszło, każdy widzi. Powodem tego jest, podobnie jak poprzednio, rozmiar problemu, bowiem wpis pierwotnie dotyczący doświadczeń zamienił się w ogólną refleksję nad religią, a jego wydźwięk wyraziłem już częściowo w ostatnim akapicie tego odcinka. Wpis o argumentach z doświadczenia religijnego pojawi się, gwarantuję, i to w następnej kolejności. Nie będzie jednak długi, gdyż te ogólne dywagacje postanowiłem odłożyć na później, między innymi dlatego, że moje myśli nie zdążyły się jeszcze skrystalizować. Wybaczcie długi czas oczekiwania, lecz inne kwestie mnie zaprzątały, w tym i sesja.

Ach, i jeszcze jedno, bo pewnie pojawią się wątpliwości, a szkoda mi czasu na prostowanie. Nadal uważam, że Boga niet. Nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Spamlista dla zainteresowanych: KLIK

#nowyonanizm #filozofia #ateizm #religia

Przejdź do wpisu

Dodany: 2018-05-18 21:07:16 | Ostatnio wołany: 2018-05-18 21:07:50


O brzytwie tnącej ciężar dowodu nieistnienia

Miało być o doświadczeniach religijnych, jednak nie będzie. Ten wpis powstaje wprawdzie, lecz kiedy tak kształtował się jego niewyraźny zarys, stało się jasne, że jego rozmiary wykraczają poza kształt spodziewany. Dodatkowo postanowiłem, że odświeżę sobie Doświadczenia religijne Jamesa. Z tego powodu uznałem, iż potrzeba tu więcej czasu i namysłu, a że tego pierwszego ostatnio mi brak, odcinek wciąż skrywają cienie przyszłości. Mimo to obiecałem wpis po majówce. Posiadam również zupełnie nieżyciową przywarę dotrzymywania słowa, nawet jeśli wiąże się to z opóźnieniami, zatem przed Wami kolejny odcinek serii „Nowy Onanizm”.

Współczesny freethinker, rycerz niepokalanego Rozumu. Zbroją jego sceptycyzm, w dłoni zaś dzierży oręż logiki, który raz po raz z niesłabnącym zapałem unosi, aby ściąć łeb Hydrze teistycznego zabobonu, z rzadka jedynie unosząc fedorę, by obetrzeć pot perlący się na czole chmurnie ściągniętym wysiłkiem krytycznego namysłu. Przy sercu jego, na strudzonej piersi, egzemplarz „Boga urojonego”. A jednak Hydra wciąż trwa i głowy nie traci, bowiem oręż racjonalisty lichym jest…

Porzućmy ten egzaltowany ton, tak przecież niewłaściwy ludziom rozumnym i racjonalnym. Dzisiejszy wpis omawiać będzie prawa logiki. Prawa logiki szczególne, jako że znane są one wielu, lecz w jakiś tajemniczy sposób nie logikom. Mimo to przeczytać o nich można nie tylko na Wykopie i nie tylko pod tagiem #ateizm, lecz również w „poważnych” debatach z udziałem najznamienitszych przedstawicieli neoateizmu. Zacznijmy od ciężaru dowodu.

Jestem niemalże pewien, iż każdy, kto czyta te słowa, spotkał się, nie raz, nie dwa, z powtarzaną jak mantra formułą:

ciężar dowodu spoczywa na osobie stawiającej tezę
Całkiem możliwe, że spotkał się również ze stwierdzeniem, iż wynika to z praw logiki. Nie wiedzieć czemu, chyba każdorazowo osobą stawiającą tezę jest osoba wierząca, co sugerowałoby, że strona przeciwna nie czyni żadnych pozytywnych rozstrzygnięć, co należałoby uznać za wyjątkowe osiągnięcie. Szkopuł w tym, że cały ten ciężar dowodu nie ma z logiką nic wspólnego, toteż nie dziwi, że nie na trafimy w żadnym podręczniku na wzmiankę o rzekomym prawie, które regulowałoby, kto ma dźwigać ten ciężar.
Otóż formuła, którą tu przywołaliśmy, nie jest niczym więcej niż jedną z zasad dyskursywnego savoir-vivre’u, zwykłym konwenansem dyskusji, którego przestrzeganie, jak to ma miejsce w przypadku konwenansów w ogóle, jest dobrowolne, chociaż oczywiście mile widziane. Nikt jednak nie jest zobligowany, aby ten krzyż przyjmować na swoje ramiona, bo i jakaż instancja miałaby egzekwować takowe rygory? Trybunał logiczny milczy w tej kwestii, mimo że to na jego wyroki powołują się ci, którzy tak chętnie obarczają oponentów ciężarem dowodu. Koniec końców ciężar spoczywa na tym, kto zgodzi się go nieść.

Przejdźmy teraz do innego rzekomego prawa, które wymaga szerszego omówienia niźli przypadek poprzedni. Niejednokrotnie napotkałem bardzo kategoryczne konstatacje mówiące, że niemożliwym jest udowodnić nieistnienie czegokolwiek, a nawet że niemożliwym jest dowieść prawdziwości twierdzenia negatywnego. Co więcej, ma to wynikać z podstaw logiki. Na nieszczęście jedną z nich jest prawo niesprzeczności będące fundamentem logiki klasycznej, a które jest twierdzeniem negatywnym i które, uwaga, udowodnić jak najbardziej można. Czyżby prawa logiki przeczyły sobie wzajemnie? Niestety, raczej Dawkins, Harris oraz ich internetowi, i nieinternetowi, zwolennicy o logice mają jeszcze mniejsze pojęcie niż autor tego wpisu.
Nie tylko da się udowadniać twierdzenia negatywne, w tym twierdzenia o nieistnieniu, ale i samo rozróżnienie na sądy pozytywne i negatywne jest poniekąd sztuczne, bowiem zasada podwójnej negacji sprawia, że z każdego zdania pozytywnego można utworzyć zdanie negatywne. I tak zdanie:

Dzisiaj pada deszcz
Jest tym samym, co:

Nie jest prawdą, że dziś nie pada deszcz
p ≡ ~~p
Dalej, twierdzenie „nie można udowodnić twierdzenia negatywnego” samo w sobie ma charakter negatywny, zatem na mocy swojej treści nie może zostać udowodnione, czyli nie ma podstaw, aby je przyjmować.

A może nie można udowadniać tylko szczególnego rodzaju twierdzeń negatywnych, to jest twierdzeń o nieistnieniu? Cóż, jak najbardziej można. W matematyce to chleb powszedni. Ba, aby uznać to za bujdę wystarczy przywołać taki jaskrawy przykład jak trójkąt z czterema kątami. Zdanie „istnieje trójkąt posiadający cztery kąty” jest wewnętrznie sprzeczne, zatem na mocy prawa wyłączonego środka należy uznać za prawdziwe jego zaprzeczenie „nie istnieje trójkąt posiadający cztery kąty”.

Weźmy jeszcze taki dowód:

Jeśli krasnoludki istnieją, znajdowalibyśmy małe czerwone czapeczki
Nie znajdujemy małych czerwonych czapeczek
Zatem (na mocy MT) krasnoludki nie istnieją

Proszę, poprawny dowód dedukcyjny na nieistnienie krasnoludków. Że co? Że przesłanki nie są udowodnione? A od kiedy udowadnia się przesłanki? Czy potem należy udowadniać też przesłanki dowodów przesłanek? I przesłanki dowodów przesłanek dowodów przesłanek? Gdzie się zatrzymać?

„Hola, hola”, może ktoś rzec, „przecież nas nie interesują obiekty matematyczne i wiedza aprioryczna, tylko rzeczywistość empiryczna, gdzie stosujemy indukcję. Problem indukcji sprawia, że nie da się udowodnić, że dana klasa obiektów nie istnieje”. W zasadzie problem indukcji sprawia, że nie można udowodnić indukcyjnie praktycznie niczego, a właściwie to nie można na jej drodze osiągnąć pewności, jaką na ogół wiążemy z pojęciem „dowodu”. Czy zatem trzeba uznać absurdalne przekonanie, że gdzieś w Układzie Słonecznym lata sobie czajniczek na herbatę? Nie bardzo, a to dlatego że współczesne teorie indukcji używają raczej prawdopodobieństwa (to tylko przenosi problem indukcji na inny poziom, to jednak wykracza dalece poza tematykę tego wpisu). Wszystko, co wiadomo nam o czajniczkach, misjach kosmicznych, Układzie Słonecznym etc. skłania nas do poglądu, że herbaty w kosmosie nie wypijemy. Uznanie nieistnienia takiego czajniczka, choć może nie całkowicie pewne, jest jednak epistemicznie uzasadnione. Z tego tez powodu jest on kiepską analogią do twierdzeń religijnych.

Na koniec potniemy się Brzytwą Ockhama. Czy rzeczywiście nakazuje ona skreślić boga jako byt nadmiarowy? Wszystko zależy od tego, co uznamy za byt nadmiarowy. Brzytwa bywa formułowana na różnorakie sposoby. Jeden z nich mówi, że spośród dwóch teorii, których moc eksplanacyjna jest identyczna, należy przyjąć tę, która czyni mniej założeń. Jak jednak mierzyć moc eksplanacyjną? O ile takie sformułowanie może być użyteczne, kiedy rozstrzygamy na polu naukowym między ewolucjonizmem a inteligentnym projektem, to twierdzenia religijne nie są tej samej kategorii, co teorie naukowe. Sama wiara nie jest tylko uznawaniem pewnych sądów o rzeczywistości, ale otwiera podmiot na świat, odpowiednio go nastrajając (używając słownika Heideggera), aby mógł się niej zanurzyć i w niej zamieszkać. Cóż znaczy moc eksplanacyjna przy tak istotnym znaczeniu funkcjonalnym? Jakie prawo nakazuje nam władać Brzytwą? Nie jest ona niczym więcej, jak wyrazem preferencji estetycznych (brak mi lepszego określenia), podobnie jak minimalizm w mieszkaniu. Jak z tego, że można żyć mając minimum sprzętu, wynika, że ze sprzętów nadmiarowych jesteśmy zobligowani rezygnować?
Na koniec warto zauważyć, że stanowisko ateistyczne czyni tyle samo założeń co teistyczne, ponieważ zastępujemy w nim tezę o istnieniu boga jej zaprzeczeniem, co jednak nie zmienia liczby wszystkich twierdzeń.

Było krótko, jednak ten wpis ma jedynie osłodzić Wam czas oczekiwania. Czas, który może znacząco się wydłużyć, bowiem wchodzenie na Wykop to ostatnimi czasy pewny sposób na wyzbycie się wszelkiej chęci do życia, nie wspominając o jakiej bądź aktywności.

Spamlista dla zainteresowanych: KLIK

#nowyonanizm #filozofia #religia #ateizm

Przejdź do wpisu

Dodany: 2018-04-24 14:12:14 | Ostatnio wołany: 2018-04-24 14:12:48


Czy naturalizm jest niewiarygodny na gruncie samego naturalizmu? Ewolucyjny argument przeciw naturalizmowi

Dziś przyjdzie nam pożegnać się choć na pewien czas z Alvinem Plantingą. Nie sposób wątpić, iż jego błyskotliwa i dosyć nowatorska, przynajmniej w zestawieniu z nieustannie wałkowanymi na ateistycznych forach argumentami z zamierzchłych czasów, obrona teizmu zaskarbiła sobie naszą sympatię. Dzisiejszego wpisu początkowo nie planowałem, jednakże wiedziony wyrzutami sumienia z powodu nierzetelności, której to dopuściłem się przy pierwszej próbie prezentacji jego dowodu ontologicznego, uznałem, że zobligowany jestem do tego, aby wypłacić rekompensatę. Będzie nią omówienie jego ewolucyjnego argumentu przeciw naturalizmowi, w skrócie EAAN (bo to skrót od nazwy oryginalnej).
Argument ten jest być może jego najsławniejszą próbą wniesienia swojego wkładu w debatę między teizmem a ateizmem. Próbą moim zdaniem udaną, nawet jeśli odrzucimy sam argument, bowiem, jak to na ogół ma miejsce w filozoficznym dyskursie, jego wartość nie tyle tkwi w jego prawdziwości czy ewentualnym rozstrzygnięciu jakie przynosi, co w tym, że ten nieco skostniały już dyskurs ożywia, wskazując nowe tory, którymi mógłby podążyć. Wprawdzie przed Plantingą byli myśliciele, którzy rozumowali podobnie, lecz brak im było jego skrupulatności.

EAAN został sformułowany w 1993 roku na kartach Warrant and Proper Function, gdzie Plantinga formułuje między innymi kryteria, których spełnienie kwalifikuje przekonanie jako racjonalne i pozwala uznać je za wiedzę. Idee tam zawarte wchodzą w obręb tzw. epistemologii zreformowanej, która to jest jednym z głównych tematów dyskusji we współczesnej filozofii religii i teologii, przynajmniej protestanckiej. EAAN był wielokrotnie krytykowany i broniony, przez co na przestrzeni lat Plantinga rozwinął i lepiej uzasadnił pomysły w nim zawarte. W wydanym w 2002 roku zbiorze esejów pod tytułem Naturalism Defeated? szereg filozofów polemizuje z EAAN, zaś esejem otwierającym całość dzieła jest tekst Plantingi. Na nim to będę się opierał, rekonstruując tutaj jego argument.

Teza Plantingi głosi, iż teoria ewolucji i naturalizm znajdują się w niezgodzie. Koniunkcja taka ma dostarczać unieważnienia dla przekonania, że nasz aparat poznawczy jest rzetelny, czyli że dostarcza on prawdziwych informacji. Skoro jednym z wytworów tego aparatu jest również taka koniunkcja, to stąd unieważnia ona samą siebie. Filozof przywołuje wątpliwości samego Darwina, jak i cytuje Patricię Churchland. Na podstawie tego cytatu dochodzi do wniosku, że skoro dobór naturalny zainteresowany jest wyłącznie selekcją naszych cech behawioralnych i nie ma on dostępu do treści naszych przekonań, to prawdopodobieństwo tego, iż wywarzane przez nas przekonania są poprawne, jest raczej niskie. Możemy zapisać to następująco:

P(R/N&E) jest niskie

Oznacza to, że prawdopodobieństwo warunkowe prawdziwości przekonania R (nasz aparat poznawczy jest wiarygodny) przy założeniu prawdziwości tezy N&E (pogląd o poprawności tak naturalizmu, jak i teorii ewolucji) dąży do zera.
Dalej Plantinga zastanawia się, czy jest jednak możliwe, że prawdopodobieństwo to jest wysokie. Stwierdza przy tym, iż zależy to od związku łączącego nasze zachowania z przekonaniami. Otóż nie ma wątpliwości, że zachowania podlegają selekcji. Skoro dobór sprzyja rozpowszechnianiu się cech behawioralnych, które mają pozytywny wpływ na dostosowanie, to jeśli taki związek istnieje, to selekcja winna również pośrednio promować struktury poznawcze, które wytwarzają przekonania odpowiadające zachowaniom adaptacyjnym. Następnie Plantinga proponuje cztery możliwości relacji, jaka łączy zachowania i przekonania:

Epifenomenalizm. Możliwość ta zakłada, że nasze przekonania nie wchodzą w skład łańcucha przyczynowego, jaki prowadzi do reakcji behawioralnych. Tym, co przyczynia się do występowania określonych reakcji, są określone mechanizmy biologiczne i neuralne. Sama treść myśli jest pewnym odbiciem tychże zjawisk w świadomości, niejako produktem ubocznym. Przyjęcie tej możliwości powoduje, że ewolucja staje się indyferentna względem naszych przekonań, gdyż są dla niej po prostu niewidzialne. To prowadzi do uznania, że P(R/N&E) jest niskie.

Epifenomenalizm semantyczny. Tutaj zakładamy, że wprawdzie nasze idee wchodzą w związek kauzalny z zachowaniem, to jednak nie na mocy swojej zawartości, czyli semantyki, ale syntaktyki, czyli pewnych własności fizjologicznych, jakie te przekonania cechują. Plantinga utrzymuje, że prawdziwość przekonania określania jest względem jego zawartości, a nie syntaktyki, zatem P(R/N&E) jest niskie.

Trzecia opcja głosi, że wprawdzie nasze przekonania uczestniczą w łańcuchu przyczynowym tak semantycznie, jak i syntaktycznie, jednak uczestnictwo jest nieadaptacyjne. Moglibyśmy z powodzeniem funkcjonować bez nich, tylko na mocy samych reakcji, powiedzmy, motorycznych. P(R/N&E) jest niskie.

Na koniec mamy możliwość zdroworozsądkową. Nasze przekonania jak najbardziej determinują nasze działania. Tutaj jednakowoż trzeba stwierdzić, iż oprócz przekonań żywimy również pragnienia, a to sprawia, że nasze zachowania są uwarunkowane przez różnorakie wariacje przekonanie/pragnienie. Część z tych kombinacji zawierać będzie przekonania fałszywe, a mimo to będzie miało pozytywny skutek w zachowaniu adaptacyjnym. Plantinga podaje przykład Paula, praczłowieka, który wpada na wygłodniałego tygrysa. Korzystnym zachowaniem byłaby ucieczka od zagrożenia. Problem w tym, że ucieczka może zostać wywołana przez przekonanie całkowicie fałszywe. Paul może gorąco pragnąć tego, aby tygrys go zjadł. Mimo to na widok tygrysa zaczyna biegiem oddalać się od niego, gdyż sądzi, że ten oto tygrys wcale go nie zje i biegnie poszukać pewniejszego tygrysa. Może również chcieć bawić się z tygrysem, sądząc, że najlepszą zabawą będzie zabawa w berka. I tu i tu Paul robi to, co trzeba z ewolucyjnego punktu widzenia – oddala się od tygrysa. Podobnych możliwości jest więcej i w każdym wypadku mamy do czynienia z prawidłową reakcją, która jednak została spowodowana przez błędne przekonanie. Ba, idea Boga też może mieć pozytywną rolę adaptacyjną, a jednak naturalista uzna ją za fałszywą.

Dalej Plantinga udowadnia, że te cztery opcje jednako prowadzą do wniosku, że P(R/N&E) jest niskie. Nie będę już tego opisywał, bo i nie ma za bardzo sensu. Kto chce, zerknie sobie do tamtego eseju, jak i zapozna się z tekstami polemicznymi. Przejdźmy do moich, i nie moich, zarzutów wobec Plantingi.

Po pierwsze, choć Plantinga twierdzi, że koniunkcja ewolucji i teizmu nie posiada takiej słabości, gdyż teizm zakłada, iż rzetelność naszych władz poznawczych gwarantowana jest przez Boga, który stworzył nas na swój obraz, to jednak empiria pokazuje, że rzetelność ta nie jest absolutna. Nasze umysły często ulegają złudzeniom i błędom poznawczym. N&E dobrze tłumaczy taki stan rzeczy, bowiem skoro ewolucja pracuje na tym, co jej dostępne, jasnym jest, iż struktury poznawcze nie będą doskonałe. Osobiście uważam jednak, że teista również jest w stanie to wyjaśnić, bo mimo iż jesteśmy według niego boskim obrazem, to jest to obraz skażony i niepełny.

Pominę inne zarzuty, które pojawiają się w Naturalism Defeated? i przejdę wprost do tego, co przemawia do mnie najbardziej. Otóż Plantinga zakłada z jednej strony kartezjański obraz umysłu, z drugiej korespondencyjną teorię prawdy. Tak się składa, że obu tym ideom jestem niechętny. Wpływ Kartezjusza na myśl filozoficzną, jak i innych wielkich i sławnych myślicieli, był równie przemożny, co w dłuższej perspektywie negatywny. Chociaż nadal jest wielu, którzy trwają przy jego pomysłach, jest sporo filozofów umysłu, którzy odrzucają jego dualizm. Dualizm ten, kiedy go połączyć z korespondencyjną teorią prawdy, sprawia, że pojmuje umysł jako niefizyczny, substancjalny twór, zasadniczo immanentny wobec ciała i środowiska, zaś generowane przezeń przekonania i myśli jako mniej lub bardziej doskonałe kopie elementów rzeczywistości. W takim wypadku prawdziwość przekonania określona jest przez to, jak dobrze odwzorowuje ono stan faktyczny. Gdzieś tam czeka na nas przekonanie absolutnie prawdziwe, które od faktu odróżnia jedynie jego sposób istnienia, jako że treść obu jest identyczna.
Nie jest to jednak jedyna droga. Umysł niekoniecznie jest czymś odrębnym od ciała i nie jest immanentny, gdyż otaczające nas środowisko jest jego istotną częścią, jednym z momentów, które go konstytuują. To, co poznaje i to, co jest poznawane, nie są odrębne i oddzielone wzajemną zewnętrznością, a raczej przenikają się wzajemnie i niepostrzeżenie przechodzą jedno w drugie. Nasze przekonania nie korespondują ze swoim przedmiotem, tylko pozostają nim w ścisłym związku i nie ma możliwości ich identyfikacji w oderwaniu od tego, co je wywołało. Nie ma również sensu odróżnianie przekonania od pragnienia. Oba posiadają znaczenie funkcjonalne i wynikają bezpośrednio z naszej oczekującej postawy wobec świata. Treść naszych myśli nie istnieje samoistnie, lecz o ich zawartości, podobnie jak o znaczeniu słów, decydują przedmioty, do których się odnoszą i tylko w tym odniesieniu treść ta może być rozpatrywana. Przekonanie jest zatem prawdziwe, o ile pozwala spełniać oczekiwania, jakie człowiek żywi wobec jego przedmiotu.

Przyjęcie pragmatyzmu i jego definicji prawdy sprawia, że twierdzenia Plantingi stają się niejako bezsensowne, kiedy mówi on o prawdziwości treści naszych przekonań. Z tego powodu dla tych, którzy pragmatyzm przyjmują, EAAN nie stanowi żadnej przeszkody dla uznania koniunkcji naturalizmu i ewolucji. Ci, którzy nadal uznają kartezjanizm, swojego oręża mogą szukać w esejach z Naturalism Defeated?. O pragmatyzmie będzie jeszcze nie raz, bowiem pragmatyzm to wolność, pragmatyzm to miłość, pragmatyzm to zrozumienie i tolerancja, zaś James był jego prorokiem xd.
Z Plantingą serdecznie się żegnamy, choć prawdopodobnie kiedyś powróci. Dziś mało tutaj formalizmu, ale i sam argument nie został specjalnie sformalizowany. Wpis o doświadczeniach religijnych pojawi się pewnie dopiero po majówce.

Spamlista dla zainteresowanych: KLIK

#nowyonanizm #filozofia #ateizm #religia

Przejdź do wpisu
Założona przez:

Turysta_Onanista

Osób na liście: 28
Wołań: 11
Dla zainteresowanych wpisami spod tagu #nowyonanizm

Ostatnie wydarzenia (zobacz wszystkie)


2019-03-19 01:06:30
@Droden dołączył do listy


2019-03-16 14:51:47
@Mazan dołączył do listy


2019-03-16 14:03:07
@Turysta_Onanista zawołał do wpisu


2019-01-25 14:14:53
@Turysta_Onanista zawołał do wpisu


2019-01-22 23:27:18
@kubakokos dołączył(a) do listy


2019-01-22 18:25:41
@Turysta_Onanista zawołał do wpisu


2019-01-10 20:35:27
@DeFutura dołączył(a) do listy


2019-01-08 19:46:45
@Fostrzyk dołączył do listy


2019-01-08 17:38:21
@Prekambr dołączył do listy


2019-01-08 17:22:48
@Turysta_Onanista zawołał do wpisu