Dodany: 2019-08-19 21:50:33 | Ostatnio wołany: 2019-08-19 21:51:12


Falsyfikacja, replikacja, taka sytuacja cz.2

Sądziłem, że ten wpis ukaże się szybciej, jednak przez tydzień musiałem udawać, iż lubię przebywać z innymi ludźmi, co zabierało mi strasznie dużo czasu. Teraz jednak powiadam za Abrahamem: hineini. Oto jestem.

Gwoli przypomnienia. W poprzednim wpisie przytoczyłem skróconą krytykę dwóch popularnych przekonań o metodzie naukowej. Krytyka tezy (1) zwracała uwagę na obecność licznych presupozycji i hipotez rzutujących na obserwację i eksperyment. Dodatkowo zanegowałem indukcyjny charakter sposobu formułowania hipotez naukowych . Obiekcją wobec tezy (2) był problem Duhema-Quine’a, który wskazywał na fakt, że niemożliwe jest wyizolowanie pojedynczej hipotezy w sytuacji eksperymentalnej, z czego wynika niejednoznaczność falsyfikującego rezultatu. Dzisiejszy wpis omówi tezę (3).

(3) To, co odróżnia naukę od pseudonauki, to falsyfikowalność hipotez naukowych.

Zanim przejdziemy do oceniania poprawności tego przekonania, trzeba napisać kilka słów wyjaśnienia na temat tego, co w ogóle oznacza falsyfikowalność teorii i skąd ten nacisk na nią. Popper tworząc swoją teorię nauki, zauważył, tak jak i ja w poprzednim wpisie, że hipotez wcale nie formułuje się w drodze indukcji. Samo to spostrzeżenie nie było jeszcze szczególnie odkrywcze, bowiem do podobnego wniosku doszli pozytywiści (np. metoda hipotetyczno-dedukcyjna Hempela). W pozytywistycznych kręgach jednak utrzymywano, że indukcja nadal pełni rolę metody potwierdzania hipotez (method of confirmation). Popper i ten pogląd odrzucił, m.in. przez problem indukcji. Twierdził również, że istnieje logiczna asymetria między potwierdzaniem a obalaniem hipotez naukowych. Racje za tym twierdzeniem przedstawiają się w skrócie następująco: skoro indukcja nie jest dobrym narzędziem wnioskowania, pozostaje nam dedukcja. Jednakże nie sposób dedukcyjnie uprawomocnić wniosku o poprawności teorii, biorąc za przesłanki zdania obserwacyjne. Można jednak, wychodząc od przesłanek w postaci zdań obserwacyjnych oraz samej hipotezy, dojść dedukcyjnie do wniosku o fałszywości hipotezy, czyli sfalsyfikować ją.

To nie wszystko. Aby taka sytuacja mogła zaistnieć, hipoteza musi generować predykcje, które mówią coś o świecie. Tylko takie hipotezy będą falsyfikowalne, bowiem falsyfikowalność teorii oznacza, iż istnieje choć jedno logicznie (metafizycznie?) możliwe zdanie o świecie, które będzie w sprzeczności z tą teorią. Innymi słowy, musi potencjalnie istnieć taki stan rzeczy, który byłby odmienny od tego przewidywanego przez teorię. Weźmy następujące zdania:

(a) Jutro w Krakowie będzie padał deszcz.
(b) Wszystkie kruki są czarne.
(c) Ten kamień pęknie po uderzeniu młotkiem.

Każde z tych zdań jest falsyfikowalne. Zdanie (a) będzie fałszywe, jeśli jutro w Krakowie nie spadnie deszcz; zdanie (b) zostanie sfalsyfikowane zaobserwowaniem choćby jednego nieczarnego kruka; (c) uznamy za fałszywe, jeśli kamień nie pęknie po uderzeniu. Oczywiście powyższe zdania, poza (b), są mało precyzyjne, przez co mają niski stopień falsyfikowalności, jednak go posiadają (o stopniu falsyfikowalności napiszę więcej przy tezie (4)). Te zdania natomiast falsyfikowalne nie są:

(d) Jutro być może spotkasz swoją miłość.
(e) Legia wygra mecz lub nie wygra.

(d) nie jest falsyfikowalne, bowiem jakkolwiek nie potoczą się losy wszechświata, nie będzie możliwe określenie go fałszywym. (e) natomiast jest tautologią tj. jest prawdziwe zawsze i wszędzie.
Tak zatem wygląda różnica między nauką a nie-nauką i pseudonauką. Hipotezy naukowe generują predykcje, które mówią coś ciekawego o wszechświecie, przez co mogą okazać się fałszywe. Te hipotezy, które tego warunku nie spełniają, nie są w żaden sposób użyteczne epistemicznie. Teraz warto zadać pytanie o to, czy ta granica przebiega we właściwym miejscu na mapie.

Weźmiemy pod lupę trzy hipotezy/teorie powszechnie uważane za pseudonaukowe. Będą to:

- hipoteza płaskiej Ziemi (dalej HPZ),
- kreacjonizm/inteligentny projekt (dalej K/ID),
- astrologia.

Oto już na początku można dostrzec, że w przypadku HPZ falsyfikacjonistyczne kryterium demarkacji nie spełnia swojej roli, HPZ jest bowiem falsyfikowalna. I to na wiele sposobów. Falsyfikują ją zdjęcia z kosmosu, trasy lotnicze, cień na księżycu, zanikanie statków na horyzoncie etc. Płaskoziemcy oczywiście bronią swojego poglądu, odrzucając te falsyfikatory, jednak należy zwalić to raczej na karb braku intelektualnej uczciwości, zacietrzewienia, oszołomstwa czy czego tam kto sobie życzy, a nie na niefalsyfikowalność HPZ.

Z K/ID sprawa się bardziej subtelna. Z jednej strony w bardzo ogólnym sensie są one falsyfikowalne, bowiem presuponują one istnienie stwórcy/projektanta, zaś zdanie ‘Nie istnieje stwórca wszechświata’ jest, przynajmniej na pierwszy rzut oka, logicznie możliwe. Z drugiej strony nawet jeśli taki stan rzeczy jest możliwy, nie bardzo wiadomo, jak można by stwierdzić, czy zaszedł on rzeczywiście, a poza tym wyjątkiem Kreacjonizm Starej Ziemi nie produkuje żadnych predykcji. Z ID i Kreacjonizmem Młodej Ziemi jest już łatwiej. Pierwszy falsyfikowany jest choćby przez istnienie narządów szczątkowych czy nieoptymalnej budowy anatomicznej organizmów (np. nerw krtaniowy u żyrafy), drugi zaś przez dane geologiczne, paleontologiczne etc. I tak jak w przypadku HPZ, przedstawiciele tych poglądów mogą odrzucać te dowody, lecz nie czyni to ich hipotez niefalsyfikowalnymi.

Astrologia jest określeniem dość szerokim i niektóre przewidywania głoszone przez astrologów nie są falsyfikowalne (przykład (d) powyżej). Sam Popper często przykład astrologii przywoływał. Mimo to znaleźć można też takie przewidywania, które, jak się zdaje, testować można. Przykład opisuje Thagard w tym artykule:

Nevertheless, attempts have been made to test the reality of these alleged tendencies, using large scale surveys and statistical evaluation. The pioneer in this area was Michel Gauquelin, who examined the careers and times of birth of 25,000 Frenchmen. Astrology suggests that people born under certain signs or planets are likely to adopt certain occupations: for example, theinfluence of the warlike planet Mars tends to produce soldiers or athletes, while Venus has an artistic influence. Notably, Gauquelin found no significant correlation between careers and either sun sign, moon sign, or ascendant sign. However, he did find some statistically interesting correlations between certain occupations of people and the position of certain planets at the time of their birth. ([5], ch. 11, [6] ). For example, just as astrology would suggest, there is a greater than chance association of athletes and Mars, and a greater than chance association of scientists and Saturn, where the planet is rising or at its zenith at the moment of the individual's birth.

These findings and their interpretation are highly controversial, as are subsequent studies in a similar vein [7]. Even if correct, they hardly verify astrology, especially considering the negative results found for the most important astrological categories. I have mentioned Gauquelin in order to suggest that through the use of statistical techniques astrology is at least verifiable. Hence the verification principle does not mark astrology as pseudoscience.

Wobec tego wszystkiego stajemy przed wyborem:

(O1) Możemy utrzymać falsyfikacjonistyczne kryterium demarkacji i uznać, że te teorie są w istocie naukowe, nawet jeśli fałszywe.
(O2) Możemy utrzymać falsyfikacjonistyczne kryterium demarkacji oraz pseudonaukowy status tych teorii. Wymaga to uznania falsyfikowalności za warunek konieczny, acz niewystarczający, i zaproponowania dodatkowych obostrzeń.
(O3) Możemy odrzucić falsyfikacjonizm i utrzymać pseudonaukowy status tych teorii. Wymaga to zaproponowania jakiegoś kryterium w zamian.
(O4) Możemy uznać, że granica w istocie jest płynna, zaś kategorie nauki i pseudonauki zależne są od uwarunkowań historycznych, społecznych etc.

Każda z tych opcji ma swoje wady. Wadą (O1) będzie dla niektórych brak wygodnego narzędzia do dyskredytowania nieodpowiadających im poglądów. (O2) wymaga sporej pracy, która, jeśli wierzyć Kuhnowi i Feyerabendowi, nie przyniesie spodziewanych owoców. Zarówno (O1) i (O2) zmuszałyby do uznania hipotezy o rozpadzie protonu za pseudonaukową, co stałoby w sprzeczności z rzeczywistym postrzeganiem jej przez fizyków, bowiem dopóki istnieje wszechświat, żaden stan rzeczy nie będzie przeczył tej hipotezie. (O3) ma tę samą wadę co (O2), natomiast (O4) grozi popadnięciem w relatywizm (choć nie pociąga go za sobą w sposób konieczny).

Wybór pozostawiam innym. Za ewentualne literówki w słowach zawierających człon falsy- przepraszam, ale już nie mogę na nie patrzeć.

Spamlista, jeśli ktoś chętny: KLIK

#nowyonanizm #filozofia #nauka

Przejdź do wpisu

Dodany: 2019-08-07 21:20:59 | Ostatnio wołany: 2019-08-07 21:21:13


Falsyfikacja, replikacja, taka sytuacja cz.1

Kiedy popularyzatorzy, ‘sceptycy’, ‘racjonaliści’, a czasem nawet sami naukowcy tłumaczą sukces nauki oraz powód, dla którego należy jej się prymat w społeczeństwie, na ogół wskazują na metodę naukową. To ona ma być tym, co czyni z nauki tak potężne narzędzie poznawcze; co gwarantuje, że pokładane w niej nadzieje nie napotkają zawodu; co odróżnia naukę i szarlatanerię, często w postaci religii; co uzasadnia tożsamość ‘nauka = racjonalność’. Z pomocą filozofii nauki (a zatem nie autorskich przemyśleń) mam zamiar pokazać, że kreślony powszechnie obraz naukowości nie przystaje do rzeczywistości, zaś opowieści o charakterze metody naukowej przemyślane nie są.

Nie będę polemizował z żadnym konkretnym opisem metody naukowej, bo, po pierwsze, łatwiej przecież bić chochoła, po drugie, jak pisałem, chciałbym uderzyć w obraz powszechny. Taki obraz nie będzie wszak dziełem pojedynczego autora. Od razu zjawia się pytanie, na ile można rzetelnie zrekonstruować krążąca wizję nauki. Zaraz potem zjawia się odpowiedź, że nie można wcale. Dlatego też nie będę syntetyzował jakiegoś ujęcia całościowego, a ograniczę się do wypisania szeregu tez, które, jak mi się wydaje, nie są kontrowersyjne wśród ogółu osób o nastawieniu pronaukowym. Oczywiście jestem świadom, że wiele osób, w tym czytających ten wpis, podzielać może część z tych tez, inne odrzucając (ja na przykład w swoim czasie podzielałem niemal wszystkie). Z tego względu postaram się krytykować każdą z nich z osobna. Tusze, że wtedy każdy znajdzie coś dla siebie.

Oto domniemany zbiór tez o metodzie naukowej:

(1) Nauka polega na nieuprzedzonym gromadzeniu obserwacji i indukcyjnym formułowaniu na ich podstawie hipotez.
(2) Hipotezy są testowane empirycznie i testy te pozwalają jednoznacznie odrzucać hipotezy, które ich nie przejdą.
(3) To, co odróżnia naukę od pseudonauki, to falsyfikowalność hipotez naukowych.
(4) Hipotez/teorii naukowych nie potwierdza się, a falsyfikuje.
(5) Choć teoria naukowa może ulec zmianie lub może zostać odrzucona, to fakty wyprowadzone z obserwacji i wchodzące w jej skład pozostaną.
(6) Nauka zajmuje się tylko tym, co można zaobserwować, dlatego wszelka metafizyka, która postuluje istnienie czegoś, co obserwacji się nie poddaje, to zbędne pierdolenie.

(1) Nauka polega na nieuprzedzonym gromadzeniu obserwacji i indukcyjnym formułowaniu na ich podstawie hipotez.

Problem z powyższym twierdzeniem ma źródło w rzekomo nieuprzedzonym charakterze obserwacji. I nie chodzi tu tylko o pobudki ideologiczne, jakie mogą motywować naukowców. Przede wszystkim chodzi o to, że obserwacje nie odbywają się w teoretycznej próżni Po pierwsze, zdania obserwacyjne (protokolarne) formułowane są zawsze w jakimś języku. Rzadko w języku potocznym, najczęściej w języku jakiejś teorii. W poprzednim moim wpisie przytoczyłem taki przykład:

Gaz wymieszany z utleniaczem przed osiągnięciem strefy spalania formuje płomień kinetyczny, w którym prędkość spalania zależy od kinetyki reakcji.

Ktoś, kto nie posiadałby za sobą całego zestawu narzędzi teoretycznych dostarczonych przez chemię i fizykę w ciągu ostatnich 200-300 lat, nie zrozumiałby nic z powyższego zdania. Pojęcie kinetyki reakcji nie istniało przed XIX wiekiem, zaś dopiero w XVIII wieku Joseph Black wykazał, że otrzymany przezeń dwutlenek węgla nie jest formą powietrza, a odmienną substancją – wcześniej pojęcie gazu było równoważne pojęciu powietrza. Takie pojęcia nie biorą się z doświadczenia. Weźmy banalny przykład pojęcia zieloności. Zebranie jakiejś grupy zielonych obiektów, wskazanie na nią, i powiedzenie, że własność wspólna wszystkich tych obiektów jest kolorem zielonym, wymaga niestety posiadania tego pojęcia wcześniej. Inaczej nie byłoby możliwe zdefiniowanie zbioru w oparciu o ten kolor. Nasz język determinuje nasze postrzeganie świata. To, co my postrzegamy jako reakcję utleniania, starożytni postrzegali jako egzemplifikację żywiołu ognia.

Po drugie, kiedy badacz ma dokonać obserwacji lub eksperymentu, nie przystępuje do czynu, dobierając losowo narzędzia, miejsce, czas, warunki itd. Gdy Kepler prowadził badania, patrzył przez teleskop, nie przez doniczkę, bo posiadał teorię optyczną, sformułowaną zresztą przez siebie. Gdy Galileusz toczył kulę po równi pochyłej, opisując jej ruch, nie uwzględniał fazy księżyca czy ilości ślimaków w ogrodzie, bowiem zakładał nieistotność tych faktów. Tę nieistotność można jednak stwierdzić jedynie w oparciu o teorię, nawet jeśli trywialną i silnie zakorzenioną. Oczywistym jest, że dziś w laboratoriach nikt nie duma nad tym, czy kolor skarpetek technika może mieć wpływ na wynik eksperymentu. Ten brak związku nie jest jednakże samooczywisty i coś go w końcu musi uzasadniać.

Po trzecie, nie bardzo wiadomo, jak z dowolnego zbioru obserwacji zjawisk elektromagnetycznych można indukcyjnie wyprowadzić wniosek o istnieniu elektronów, które wszakże w samej obserwacji nie ujawniają się bezpośrednio. To samo tyczy się wszystkich innych nieobserwowalnych bezpośrednio obiektów, których istnienie postuluje nauka (inne cząstki elementarne, geny, struny etc.) Wprowadzenie takich obiektów do dyskursu przypomina raczej dzieło fantazji i intuicji niż niewzruszony wniosek wynikający z ostrożnie przeprowadzonych doświadczeń.

(2) Hipotezy generują predykcje, które są testowane empirycznie i testy te pozwalają jednoznacznie odrzucać hipotezy, które ich nie przejdą.

Do pierwszej części tego zdania nie można się przyczepić. Problematyczna jest część druga, bo natrafiamy na tzw. problem Duhema-Quine’a. Jako że temat to dość skomplikowany, przedstawię ten problem w uproszczeniu.

Załóżmy, że posiadamy hipotezę A, którą chcemy sprawdzić empirycznie. W tym celu musimy sformułować na jej podstawie jakieś szczegółowe twierdzenie o świecie, które będzie naszą predykcją. To jednak za mało. Musimy też dołączyć do tego zdania założenia dodatkowe, które dotyczyć będą działania naszego aparatu pomiarowego. Aby tego było mało, musimy ustalić warunki początkowe naszego eksperymentu np. ustawienia czujników i kolor skarpetek technika. W konsekwencji kiedy dochodzi do eksperymentu, nie testujemy jedynie naszej hipotezy A, lecz również szereg teorii pomocniczych, w których ugruntowane jest całe doświadczenie. Załóżmy teraz, że wynik nie zgadza się z naszymi przewidywaniami. Jak znajdziemy winnego? Pierwszym podejrzanym będzie oczywiście nasza hipoteza A, mimo to nie sposób konkluzywnie i jednoznacznie winy tej udowodnić. Zawsze istnieje szansa na to, że zawiodła któraś z innych teorii zaangażowanych w eksperyment.

Standardowym już przykładem jest historia odkrycia Neptuna. W 1821 roku Bouvard opublikował tablice astronomiczne, gdzie zawarł opis orbity Urana stworzony na podstawie praw dynamiki i prawa ciążenia Newtona. Szybko jednak okazało się, że jego predykcje nie zgadzają się z obserwacjami. Innymi słowy, obserwacje ruchu Urana falsyfikowały mechanikę newtonowską. Nikomu jednak nie spieszyło się do tego, aby ją porzucać. Zamiast tego zaproponowano istnienie ósmej planety, której oddziaływanie miałoby tłumaczyć zakłócenia orbity Urana. Wydawać się to mogło desperacką próbą ratowania dogmatu, jednak Le Verrier i Adams (niezależnie od siebie) wyliczyli pozycję hipotetycznej planety. 24 września 1846 Galle, po niecałej godzinie poszukiwań, odnalazł Neptuna na niebie. Mechanika newtonowska została uratowana.

Powyższy przykład obrazuje opisany problem. Predykcje otrzymane na bazie praw Newtona były fałszywe, lecz odrzucenie mechaniki newtonowskiej byłoby czynem pochopnym. Przyczyna nie leżała w teorii, ale w warunkach początkowych, które zakładały zbyt małą ilość planet. Pozorna falsyfikacja teorii okazała się w istocie jej wielkim tryumfem. Nie została ona nawet zmodyfikowana.

Reszta w kolejnych częściach, aby łatwiej się czytało.

#nowyonanizm #filozofia #nauka

Przejdź do wpisu

Dodany: 2019-07-26 13:23:43 | Ostatnio wołany: 2019-07-26 13:23:56


Homoseksualizm to choroba?

Nieco prowokacyjny tytuł, zważywszy na to, że wpis nie będzie ani o homoseksualizmie, ani o chorobach. Będzie to natomiast wpis o tym, jak o homoseksualizmie się, ehem, DEBATUJE. Podobno warto rozmawiać, czasem nawet trzeba rozmawiać, jednak w wypadku praw osób LGBT – jak i w odmiennych a popularnych kwestiach jak aborcja etc. – dyskusja jest jałowa i prowadzi donikąd. W ogniu dyskursu spalane są kolejne ‘fakty naukowe’, orzeczenia i definicje, a mimo to rzadko kiedy dyskutujący zwracają uwagę na rzecz najistotniejszą.

Wpis pojawia się nieprzypadkowo, choć ze sporym opóźnieniem. Niedawno moderacja obdarowała nas dwoma wspaniałymi prezentami, dzięki którym poziom inteligencji Wykopu wzrósł o rząd wielkości – banem dla lakukaraczy i permem dla Czitera. To właśnie ten drugi, nietuzinkowy erudyta, zaangażował się przed banem w tworzenie metateorii psychiatrii, pisząc właśnie o chorobie homoseksualizmu. To właśnie jego niezłomna działalność intelektualna i poszukiwania prawdy zainspirowały ten wpis. Nie będę jednakże pisał o decyzjach APA; rozważał, czy homoseksualizm jest chorobą, czy nie jest; czy taka a taka definicja choroby jest słuszna. Powód stanie się jasny w dalszej części wpisu.

O tym, że w dyskusjach o prawach osób LGBT pojawiają się twierdzenia o statusie homoseksualizmu jako choroby, przekonywać chyba nie muszę, wszak wszyscy siedzimy w naszym wykopowym bagienku. Oczywistym jest też, że twierdzenie to nie jest czymś właściwym tylko tutejszym rozmowom. Typowa debata, a przynajmniej interesujący nas fragment, wygląda zazwyczaj tak:

Anty-LGBT: bleblebleble… homoseksualizm to choroba...bleblebleble

Pro-LGBT: Nie, homoseksualizm to nie choroba, bo...bleblebleble…decyzja APA...blebleble.

Anty-LGBT: blebleble...homolobby...blebleble...naciski, głosowanie...blebleble.

Pro-LGBT:

Anty-LGBT: blebleble...w takim razie nie uznaję tej decyzji i definicji choroby, na jakiej się opiera...blebleble.

Pro-LGBT: Zatem negujesz FAKT NAUKOWY...blebleble...jesteś jak płaskoziemcy...blebleble.

To, co wytłuściłem, będzie dla nas istotne, bo jest przykładem współczesnej choroby (tak, to słowo posiada również intensję, która z medycyną nie ma nic wspólnego). Jest nią ślepy kult nie tyle nauki, co popularnego, i wykrzywionego, jej obrazu. O tym obrazie mam zamiar stworzyć inny wpis, pewne wątki jednak trzeba tu poruszyć. Otóż, mimo mojej sympatii dla walki osób LGBT o swoje prawa, osoba pro-LGBT w wytłuszczonym fragmencie wypada dla mnie gorzej od swojego oponenta. Zagrywając kartą FAKT NAUKOWY, odmawia przeciwnikowi spełniania racjonalnych standardów dyskusji, lecz czyni to niesłusznie, albowiem anty-LGBT ma pełne prawo nie uznawać decyzji APA i definicji choroby/zaburzenia, której homoseksualizm miałby nie spełniać, zachowując przy tym standardy racjonalności. A to dlatego, że w tym wypadku nie mamy do czynienia z żadnym faktem naukowym.

Nie chciałbym być zrozumiany źle. Jeżeli ktoś wprost neguje ustalenia naukowe lub też przyjmuje przy tym oszukańczy sztafaż krytycznego sceptyka, nie zasługuje na poważne traktowanie w jakimkolwiek intelektualnym dyskursie. Wszelka konkluzja, nawet sceptyczna, wymaga argumentu, który by ją uzasadniał, kto zaś neguje i podważa dla samej negacji, nie jest żadnym sceptykiem. Mimo to autorytet nauki bywa nadużywany. Karta ‘faktu naukowego’ jest jedną z najstarszych kart w talii. Czyż fakt naukowy nie jest czymś obiektywnym i niezależnym? Samo pojęcie faktu zapewnia wszak o tym, bo oznacza ono tyle co prawdziwe twierdzenie. W czasach, kiedy karierę robią powiedzonka pokroju facts don’t care about your feelings, nikt nie chciałby wyjść na irracjonalnego denialistę.

Problem jednak w tym, iż actually, facts DO care about your feelings. A przynajmniej między innymi emocje decydują o tym, co za fakt zostanie uznane. Nie wchodząc jednak na pola psychologii, bo i nie trzeba, można zauważyć, że fakt naukowy staje się faktem naukowym dopiero w obrębie danej struktury teoretycznej (co było jednym z głównych argumentów przeciwko pozytywistycznej filozofii nauki). Mówiąc inaczej, to teoria decyduje o tym, co zostanie uznane za fakt. Jak napisałem wyżej, fakt oznacza prawdziwe twierdzenie. Zostawiając na boku rozważania o tym, czym jest prawda, nie ma wątpliwości, że twierdzenia są prawdziwe lub fałszywe za mocy swojej treści, a na treść tę składają się pojęcia. Pojęcia, które formułowane są w obrębie określonej teorii. Weźmy takie stwierdzenie:

Gaz wymieszany z utleniaczem przed osiągnięciem strefy spalania formuje płomień kinetyczny, w którym prędkość spalania zależy od kinetyki reakcji.

Zdanie to jest dość skomplikowane. Mamy tu pojęcia gazu, utleniacza, spalania, kinetyki itp. Opisanie tak pospolitego fenomenu wymaga szerokiego zaplecza teoretycznego. Nie byłby to problem, gdyby istniał zawsze tylko jeden poprawny opis. Historia fizyki pokazuje jednak, że kolejne ‘paradygmaty są niewspółmierne’ (przywołując Kuhna). Prawdziwość teorii względności wyklucza prawdziwość opisu newtonowskiego tak samo jak ta druga wykluczała prawdziwość fizyki Arystotelesa. Świat sił wykluczał świat żywiołów i naturalnego miejsca każdej rzeczy. Ciężko zatem uznawać fakt za coś niezależnego od człowieka. Fakt uwikłany jest w teorię, ta zaś jest efektem nie tylko pracy badawczej, lecz również przemyconych do niej uprzedzeń i rozstrzygnięć o charakterze aksjologicznym.

Nie powinno się powyższego odczytywać jako wyrazu relatywizmu lub antyrealizmu. Nauka według wszelkich przesłanek zdaje się rozwijać i doszukiwanie się postępu w kolejnych zmianach teorii jest jak najbardziej zasadne. Pierwiastek ideologiczny w nauce jest obecny, mimo to w różnym stężeniu w różnych dziedzinach.

Nie mam miejsca omawiać tej problematyki, więc jeśli kogoś takie napomknienie nie przekonuje, to bardzo mi smutno. Nie ma to jednak większego wpływu na całość rozważań. Czy przyznamy obiektywność i niezawisłość faktom naukowym, czy nie, na jedno chyba wszyscy się zgodzimy – znajomość faktu naukowego jest wysoce informatywna. Kiedy ktoś nam mówi przykładowo, że masa Słońca wynosi 2 x 10^26 kg, to czujemy, że się czegoś dowiedzieliśmy, czegoś niebanalnego. Mówimy ‘łał’. Wynika to stąd, że zdanie ‘masa Słońca wynosi 2 x 10^26 kg’ jest, primo, prawdziwe a posteriori, secundo, prawdziwe przygodnie. To dlatego ‘homoseksualizm to (nie) choroba’ ciężko uznać za fakt naukowy. Za fakt jako taki owszem, jednak fakt trywialny. Powody tego stanu rzeczy są wszelako trudne w analizie.

Wynika to z obecnej w tym twierdzeniu indeksykalności. Zdanie ‘homoseksualizm to choroba’ jest zdaniem odmiennym od ‘homoseksualizm według definicji zawartej tu-a-tu jest chorobą’. Drugie twierdzenie można uznać za informatywne: dowiadujemy się dzięki niemu, że jakaś konkretna definicja funkcjonuje; gdzie można ją odnaleźć; że homoseksualizm posiada charakterystykę, która spełnia tę definicję etc. Prawdziwość tego twierdzenia stwierdzana jest a posteriori, musimy wszak zajrzeć do tego źródła i musimy wiedzieć coś o homoseksualizmie. Inaczej jest z twierdzeniem, które tu analizujemy. Nie pada tam żadne słowo o definicji, jednakże łatwo domyślić się, że według niego homoseksualizm jest chorobą w znaczeniu, jakie nadaje temu pojęciu osoba wygłaszająca twierdzenie. Zdanie to jest zatem prawdziwe na mocy relacji między pojęciami, zatem a priori. I to prawdziwe koniecznie. Przypadek masy Słońca jest odmienny, bo mimo znajomości wszystkich użytych tam pojęć, nadal nie sposób stwierdzić prawdziwości tamtego twierdzenia bez odwołania się do doświadczenia. Dlatego kiedy ktoś nam mówi, że homoseksualizm jest, lub nie, chorobą, nie czujemy się bogatsi w wiedzę, w odróżnieniu np. od przypadku, gdy słyszymy, że homoseksualizmu nie da się wyleczyć.

Ktoś mógłby podnieść obiekcję, iż nawet jeśli tak jest, to nadal anty-LGBT postępuje nieracjonalnie, odrzucając naukową definicję i używając własnej, albowiem naukowa jest lepszą. Problem w tym, że teoretyczne definicje formułuje się po to, aby ustalić referencję danej nazwy, co zresztą różni je od klasycznych intensji, które są wtórne wobec użycia. To, jaką definicję przyjmiemy, zależy tylko od tego, co chcemy pomieścić w zbiorze, który ta nazwa ma dla nas wskazywać. Wynika stąd narzędziowy charakter definicji. Nie są one prawdziwe bądź fałszywe, to są bowiem cechy zdań twierdzących. Dlatego anty-LGBT może przyjmować dowolną definicję, nie narażając się na łatkę antynaukowego oszołoma. On nadaje nazwie choroba znaczenie (przyjmijmy dla uproszczenia tożsamość znaczenia i definicji), które sprawia, że homoseksualizm staje się chorobą. Wszechświat może i pozostaje taki sam, jak był, lecz relacje pojęć zmieniają się. Jasne, z pewnością napotka problem zbytniej inkluzywności lub ekskluzywności definicji etc., są to jednak problemy wszystkich definicji. Definicje oceniać można wyłącznie pod kątem użyteczności w określonym kontekście.

Ponudziłem, wiem. Wszystko to jednak blednie wobec najistotniejszego. Otóż kiedy w takich wypadkach dyskutanci przerzucają się linkami do Wikipedii i homoseksualizm.edu.pl, bardzo rzadko pada pytanie, które padać powinno zawsze, kiedy ktoś twierdzi, że homoseksualizm jest lub nie jest chorobą. Pytanie brzmi: ‘no i chuj z tego?’.

Nigdy, dosłownie nigdy nie spotkałem się z sytuacją, że zdanie ‘homoseksualizm to (nie) choroba’ padło w obrębie kompletnego argumentu. Zawsze jest to zdanie, które rzucane jest bezmyślnie i równie bezmyślnie odpierane. Principle of charity głosi, że argumenty przeciwników winno się rekonstruować jak najprzychylniej, mimo to w tym wypadku nie bardzo wiadomo, co miałoby wynikać z tego zdania. Słuszność dyskryminacji? Przyzwolenie na kamieniowania? A jeśli tak, to jak miałyby brzmieć pozostałe przesłanki argumentu? ‘Osoby, których stan psychofizyczny określa się jako chorobę, nie powinny zawierać małżeństw i adoptować dzieci’? Taka przesłanka nie ma nawet cienia wiarygodności. Stąd moja niewesoła konstatacja o jałowości rzekomo istotnej debaty. Obie strony zanadto skupiają się na tym, co w gruncie rzeczy nie ma znaczenia. Na pytanie o to, jak powinno traktować się osoby LGBT na gruncie prawnym i moralnym, nie odpowiadają samodzielnie ani decyzja APA, ani ewolucja mechanizmów rozrodczych, ani statystyki samobójstw wśród osób LGBT. Postrzeganie tych osób zmienia się na lepsze, lecz szczerze wątpię, aby działo się to dzięki ‘wyważonym dyskusjom opartym na argumentach’ przede wszystkim dlatego, że niemal nikt takich dyskusji nie toczy.

Idę rąbać drewno.

#nowyonanizm

Przejdź do wpisu

Dodany: 2019-03-16 14:02:34 | Ostatnio wołany: 2019-03-16 14:03:07


Prawdziwy ateista i mówienie o Bogu

Powinienem teraz projektować parowacz, lecz pisanie na Wykop tekstów, których prawie nikt nie czyta, jest znacznie bardziej ekscytującym zajęciem, zatem czas poświęciłem właśnie tej drugiej czynności. Niedawno użytkownik @Erxz wrzucił wpis, gdzie uzasadniał swoje przekonanie, iż bóg chrześcijański nie istnieje. Wpis ten następnie, z nieznanych mi powodów, zdecydował się usunąć, lecz nim do tego doszło, jeden z Mirków, którego nicku nie pomnę, napisał komentarz, gdzie stwierdził, że prawdziwy ateista nie pisze i nie dyskutuje o Bogu, bowiem on według niego nie istnieje, zatem taka dyskusja jest pozbawiona sensu (czy coś w tym guście). Jeśli traktować tamten komentarz jako zarzut w kierunku autora wpisu, to był to zarzut chybiony, OP bowiem, w sposób nieco chaotyczny i nieformalny, dopiero nieistnienie Boga chciał uargumentować , odwołując się do jakiejś odmiany problemu zła. O problemie zła mam zamiar stworzyć wpis osobny. Ten wpis dotyczy stwierdzenia ‘prawdziwy ateista nie mówi o Bogu’, albowiem jestem przekonany, że ateista o Bogu mówić i pisać może oraz że ta pisanina i gadanina będą miały sens, nawet jeżeli Bóg nie istnieje.

Na samym początku chcę zwrócić uwagę, że podział na prawdziwych i nieprawdziwych ateistów łudząco przypomina pewien popularny błąd nieformalny, tym bardziej, iż podział ten zjawia się przeważnie wtedy, gdy teista podnosi zarzuty wobec praktyki czy kondycji intelektualnej przeciwnika. Przykładowo: często zarzuca się ateistom prowadzenie własnej krucjaty z zapałem, który przywodzi na myśl żarliwość religijną. Wtedy to urażony ateista wyciąga z rękawa koło ratunkowe ‘prawdziwy ateista’ i mniema, że jest chroniony, bo przecież wiadomo wszem i wobec, iż ten, wobec którego zarzuty powyższe są trafne, prawdziwym ateistą nie jest. W ten sposób tak często podkreślania wyższość moralna i intelektualna ateistów zostaje zachowana, choć oczywiście teraz cechuje ona tylko tych ‘prawdziwych’. Tych ‘nieprawdziwych’ rzucamy na pożarcie. Kto by jednak zażądał uzasadnienia tego, dlaczego taka, a nie inna postawa przyczynia się do prawdziwości ateizmu i na czym prawdziwość jego miałaby polegać, przemyślanej odpowiedzi prawdopodobnie by nie usłyszał. Proponuje przyjąć zatem, że wszyscy ateiści są równie prawdziwi w swym ateizmie. Oczywiście jedni są inteligentniejsi, drudzy głupsi; jednych cechuje erudycja i refleksyjność, drugich nieuctwo i dogmatyzm. Myślę, że każdy ateusz w końcu na taki podział przystanie (a następnie pieczołowicie zagnieździ samego siebie w pierwszej kategorii). Nie przybliża nas to jednak do odpowiedzi na pytanie, czy może on sensownie mówić o Bogu, skoro uważa, że ten nie istnieje.

W tym wpisie ‘mówienie o Bogu’ ma znaczenie dosłowne. Nie chodzi o rozważanie tego, jak wiara w niego wpływa na ludzi wierzących, ani też o to, jak był on przedstawiany lub pojmowany w różnych kręgach. Tematem tego wpisu nie jest historia sztuki, kulturo- czy religioznawstwo, ale ontologia i metafizyka. Nie sposób jednak pisać o nich, nie wikłając się w zawiłości języka czy logiki. ‘Mówienie o Bogu’ w tym wpisie oznacza formułowanie wszelakich sądów przypisujących bądź negujących dowolne własności, zatem sądów o strukturze podmiotowo-orzecznikowej, w których podmiotem jest właśnie Bóg. Tego rodzaju sądy będę dalej nazywać predykatywnymi. Aby ułatwić sobie pisanie oraz aby zmniejszyć objętość tekstu, twierdzenie ‘mówienie o Bogu, jeśli on nie istnieje, jest bezsensowne’ będzie się kryć odtąd pod literą NS (bo czemu nie).

NS: Mówienie o Bogu, jeśli on nie istnieje, jest bezsensowne.

Przynajmniej na pierwszy rzut oka NS zdaje się być dość intuicyjne. Jeśli czegoś nie ma, to nie sposób powiedzieć o tym czymś nic za wyjątkiem przypomnienia, że tego nie ma. Coś, co nie istnieje, nie posiada wszak żadnych własności, z drugiej strony ciężko też powiedzieć, że nie posiada własności, bowiem, cóż, nie istnieje. Tylko to, co istnieje, może posiadać jakieś cechy lub też ich nie posiadać. Wynika stąd, że gwarantem sensowności sądów predykatywnych jest pozytywny sąd egzystencjalny - obiekt musi istnieć, aby móc przyznać mu własność. Ta intuicyjność kończy się jednak wraz z momentem, w którym przyjrzymy się temu, jak dyskutujemy o postaciach fikcyjnych. Przeważnie (pomijając filozofów) uznaje się, że postacie czy obiekty fikcyjne nie istnieją, a mimo to jeśliby spytać kogoś, kto czytał Władcę Pierścieni, czy Frodo ma kudłate stopy, to z przekonaniem odparłby, że owszem. Trzymając się twórczości Tolkiena, trzeba też odnotować, że czytelnicy prowadzą długie dysputy na temat tego, jaki jest los ludzi po śmierci; który z Noldorów był najpotężniejszy; czy Saruman mógłby najebać Sauronowi etc. I w dyskusjach tych, nawet jeśli jałowych i nieposiadających końca, nie sposób nie odnieść wrażenia, że któraś ze stron może mieć rację, a inna może się mylić. Oznacza to, że sądom predykatywnym dotyczącym obiektów fikcyjnych przysługują kryteria prawdziwościowe. Jakie są to kryteria – ciężko orzec, ale na ten moment odpowiedź na to pytanie nie jest konieczna.

Powyższa problematyka sięga daleko poza spór teizm-ateizm. Bardzo chciałbym te kwestie rozwinąć, lecz brak tu miejsca. Szersze omówienie wymagałoby roztrząsania takich problemów jak status egzystencji jako predykatu, ontologia predykatów w ogóle, teoria nazw itp. Wystarczy jednak to, iż jeśli uznajemy, że można sensownie mówić o obiektach fikcyjnych, to NS musimy uznać za fałszywe. Ten, kto utrzymuje prawdziwość NS, musi zaproponować argument albo za tym, że nieistniejący Bóg różni się ontycznie od nieistniejących postaci fikcyjnych (istniejący Bóg różni się w sposób oczywisty), albo że dyskusja o fikcji również jest bezsensowna, albo że mówiąc o fikcji mówimy tak naprawdę coś innego, niż nam się zdaje. W każdym przypadku czeka go trudne zadanie.

Spamlista

#nowyonanizm #filozofia #ateizm #religia

Przejdź do wpisu

Dodany: 2019-01-25 14:14:27 | Ostatnio wołany: 2019-01-25 14:14:53


O dowodzie ontologicznym cz.3

Część pierwsza była wprowadzeniem i kreśliła krajobraz krain apriorycznych. Część druga zawierała wyjaśnienia i rozważania natury technicznej, i choć było ich niewiele, to prawdopodobnie większość uznała je za nudne. Ta część, tym razem ostatnia, służyć będzie ocenie konkluzywności argumentu Anzelma. Nie można jednak pisać o dowodzie ontologicznym, nie poświęcając przy tym dostatecznie wiele miejsca jednemu z najsławetniejszych sloganów w historii filozofii, toteż zanim przejdziemy do kreślenia wniosków, wypada nam spotkać się z Kantem i zastanowić się, czy istnienie jest predykatem.

Większość historycznych myślicieli ma na swoim koncie przynajmniej jedno zdanie, które jakby dziecię wyrodne wyrwało się spod jego władzy i udało się w świat, aby rozpocząć swoje życie. Niektóre z nich w swym buncie postanowiły wieść żywot całkiem inaczej niż życzyli sobie tego twórcy. Współcześnie wielu wie, że nic nie wie, jednak przede wszystkim nie wie, o co im chodzi. Inni dziwią się, że przecież da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Jeszcze innym zdaje się, że są dzięki temu, że myślą. Jednak są też idee, które przetrwały w stanie z grubsza nienaruszonym. I tak wszystkie serca mają prawdy, których nie znają rozumy, a byt wciąż określa świadomość i czuje się bezpieczny, bowiem niebytu nie ma. A co z Kantem? Czy byłby dumnym ojcem? Być może, lecz przekonałby się, że to dziecko, które my tu teraz niańczymy, zostało mu podrzucone. ‘Co to znaczy?, ktoś zapyta, ‘Czyż Kant nie stwierdził, że istnienie nie jest predykatem? I że przez to dowód ontologiczny należy odrzucić?’. I tak i nie. Rzeczywiście, według Kanta dowód ontologiczny był błędnym, a błąd zawierał się w tym, że próbował zawrzeć istnienie w definicji Boga, licząc na to, że jakimś magicznym sposobem ten rzeczywiście zaistnieje. Mimo to próżno szukać fragmentu w Krytyce czystego rozumu, w którym autor stwierdziłby, że istnienie nie jest predykatem. Aby nie być gołosłownym, przytaczam interesujące nas wyimki z tłumaczenia Chmielowskiego (wytłuszczam fragmenty szczególnej uwagi):

Mógłbym się wprawdzie spodziewać, że tę pedancką gadaninę, bez wielkiego zachodu, dokładnym określeniem pojęcia istnienia, obrócę w niwecz, gdybym się nie przeświadczył, że omamienie, spowodowane pomieszaniem orzeczenia logicznego z realnym (tj. z określeniem jakiejś rzeczy), prawie wymyka się wszelkiemu upomnieniu. Za orzeczenie logiczne może służyć wszystko, co się chce, nawet podmiot może się stać swoim orzeczeniem, gdyż logika odrywa się od wszelkiej treści. Ale określenie jest orzeczeniem, które prześciga pojęcie podmiotu i powiększa je. Nie może więc ono już się w nim zawierać.

Byt nie jest oczywiście wcale orzeczeniem realnym, tj. pojęciem o czymś, co by mogło zostać dodanym do pojęcia jakiejś rzeczy.

Jeśli tedy wezmę podmiot (Bóg) razem ze wszystkimi jego orzeczeniami (pomiędzy którymi znajduje się także wszechmoc) i powiem: Bóg jest lub: jest Bóg_ to nie stwierdzam żadnego nowego orzeczenia do pojęcia o Bogu, lecz tylko podmiot sam w sobie wraz ze wszystkimi jego orzeczeniami, a mianowicie rzecz w odniesieniu do mojego pojęcia

Wobec bowiem rzeczywistości przedmiot jest nie tylko zawarty analitycznie w moim pojęciu, lecz przybywa do mego pojęcia (będącego określeniem mojego stanu) syntetycznie, chociaż przez ten byt poza moim pojęciem same te pomyślane sto talarów nie zwiększają się bynajmniej. Jeżeli zatem pomyślę sobie rzecz jakąś za pomocą jakichkolwiek i jak bądź wielu orzeczeń (bodaj nawet w wyczerpującym określeniu), to tej rzeczy przez to, iż dodam, że ta rzecz jest, nic a nic już nie przybędzie.

Mógłbym wkleić więcej, ale chyba nie ma sensu. Zanim przejdziemy dalej, to trzeba zauważyć (choć może po tych fragmentach tego nie widać), że, niezależnie od konkluzji, cały wywód nie jest najwyżej jakości. Niektóre twierdzenia wydają się kompletnie bez związku z wnioskiem, jaki Kant chce uzasadnić, inne zaś pojawiają się niejako z próżni. Mimo to stanowisko Kanta można zrekonstruować i nie wydaje się, aby jego konkluzja brzmiała: ‘istnienie nie jest predykatem’. Kant jasno rozgranicza ‘orzeczenie logiczne’ od ‘realnego’ i przyznaje, że tym pierwszym ‘może być cokolwiek’. To ‘orzeczenie realne’ Kant nazywa określeniem i to z tej kategorii wyrugował istnienie. A jak zdefiniował określenie? Określenie ma być tym, co może zostać ‘dodane do pojęcia jakiejś rzeczy’, a w wyniku tego dodawania ‘coś przybędzie’. Podsumowując przy użyciu bardziej precyzyjnego języka: istnienie jest predykatem, ale predykatem odmiennym od tych, które tworzą pojęcia obiektów np. bycie czerwonym. Nie chodzi też o to, że nie można zdefiniować obiektu jako istniejącego. Można, tyle że nie będzie to miało żadnego efektu. Konsekwencje tej myśli najlepiej ująć przykładem. Zdanie ‘Istniejące wombaty istnieją’ jest wprawdzie zdaniem analitycznym i koniecznym jest, aby istniejące wombaty istniały, lecz nie gwarantuje ono, że są jakiekolwiek wombaty. Ujmując inaczej, każdy element zbioru istniejących wombatów istniałby, lecz nie jest koniecznym, aby ten zbiór zawierał choć jeden element. Skąd zatem wziął się slogan? Cóż, pewnie można i w ten sposób interpretować Kanta, mimo że wydaje mi się to nadinterpretacją. Z całą pewnością jego krytyka kogoś zainspirowała. Jednak to nie Kant pozbawił istnienie statusu predykatu, a Russell i Quine. Ten pierwszy wszak jest ojcem logiki klasycznej, w której predykat egzystencji nie funkcjonuje, drugi zaś jest autorem innego sławnego sloganu: ‘istnieć oznacza być wartością związanej zmiennej’. Czy to słuszne stanowisko? Są wątpliwości, lecz jest to problem na inny wpis (od miesięcy zastanawiam się nad wpisem o postaciach fikcyjnych), zatem pozostawmy to bez rozstrzygnięcia.

Zanim przejdziemy do tego, jak odnieść powyższe do argumentu Anzelma, warto przyjrzeć się uzasadnieniu Kanta, nawet jeśli akceptujemy jego wniosek. W jego wywodach znaleźć można takie oto twierdzenie, że pojęcie i odpowiadający mu obiekt ‘muszą zawierać dokładnie toż samo’ oraz iż ‘sto rzeczywistych talarów nie zawierają ani odrobiny więcej niż sto możliwych’. Jak słusznie zauważył Plantinga, nie wydaje się to być prawdą. Zdefiniujmy bowiem, co oznacza być pojęciem jakiegoś obiektu (przyda nam się to zresztą do krytyki Anzelma). Proponuję taką definicję:

Pojęcie obiektu x to zbiór n predykatów (własności) P1...Pn takich, że każdy dowolny predykat Pi umieszczony w zdaniu _x jest P_ tworzy zdanie koniecznie prawdziwe.

Weźmy teraz pojęcie najszybszego człowieka-sprintera na świecie. Z całą pewnością w tym pojęciu mieszczą się własności bycia człowiekiem, bycia szybszym niż ktokolwiek inny, posiadania nóg etc. Przyjmijmy teraz – nie znam obecnej sytuacji sportowej – że najszybszym sprinterem nadal jest Usain Bolt. Usain Bolt posiada zatem wszystkie te własności, które wchodzą w skład pojęcia najszybszego człowieka-sprintera na świecie. Mimo to przysługuje mu znacznie więcej niż jest zawarte w tym pojęciu. Jest czarnoskóry, mierzy 195 centymetrów, urodził się na Jamajce etc. Żadna z tych własności nie wchodzi w skład pojęcia najszybszego człowieka-sprintera, albowiem nie jest koniecznie, aby miał on dokładnie tyle wzrostu. Inaczej ujmując, zdanie ‘najszybszy sprinter na świecie mierzy 195 centymetrów’ jest prawdziwe, lecz tylko przygodnie; w 2008 roku prawdziwym było stwierdzenie, że ma on 190 cm. Zatem obiekt zawiera znacznie więcej niż pojęcie, które mu odpowiada, zaś Kant nieco się zagalopował.

Załóżmy wszelako, że Kant miał rację i że zawieranie istnienia w pojęciu Boga nie ma kompletnie żadnego efektu. Jak do się ma do Anzelma? Pisząc część pierwszą, sądziłem, że nijak. Teraz jednak mam wątpliwości. Wprawdzie żadne zdanie drugiego rozdziału Proslogionu nie wskazuje na to, aby Anzelm miał zdanie ‘Bóg istnieje’ za analityczne w kantowskim rozumieniu. Z pewnością, co zresztą pisałem poprzednio, nie definiuje explicite Boga jako istniejącego. A może zawarł egzystencję w definicji rzeczy, ponad którą nic wspanialszego nie da się pomyśleć? Ciężko znaleźć coś na poparcie takiej tezy, bowiem Anzelm wydaje się traktować to pojęcie jako pierwotne i nie rozwodzi się nad jego znaczeniem. Prawdopodobnie zapytany o to, co sprawia, ze Bóg ma taki status, zapewne wymieniłby klasyczne przymioty jak wszechmoc czy wszechwiedza. Jednakże jeśli przyjrzymy się P2 i P3, to tam właśnie Anzelm stwierdza, że można pomyśleć o czymś identycznym z Bogiem jako o istniejącym i przez to o czymś wspanialszym niż Bóg nieistniejący. Jeżeli tak, to musimy cały argument podsumować – non sequitur. Używając słownika Kanta, Anzelm w P3 dodaje do pojęcia Boga orzeczenie istnienia, jednak, jak wynika z przytoczonych fragmentów krytyki kantowskiej, taki akt nie powoduje, że opuszczamy nagle sferę pojęć. Zamiast tego otrzymujemy zwyczajnie to samo pojęcie z jednym dodatkowy predykatem, lecz nadal nie wiemy, czy jest obiekt, który temu pojęciu odpowiada. W takim wypadku wnioskiem argumentu winno być coś w rodzaju ‘w pojęciu Boga zawiera się istnienie’, lecz jeśli uznajemy twierdzenia Kanta, to wniosek ten nie będzie równoważny ‘Bóg istnieje’. Jeśli natomiast przyznamy, że w P3 opuszczamy sferę pojęć, to argument Anzelma staje się kołowy.

Ciężko jednoznacznie orzekać, co Anzelm miał na myśli. Być może wina leży po mojej stronie i nieprawidłowo zrekonstruowałem argument, być może zawinił tłumacz. Faktem jest, iż istnieją inne rekonstrukcje, które unikają tych problemów. Przedstawiona przeze mnie zmodyfikowana wersja formalna również wydaje się unikać kantowskich zarzutów, bo nie stwierdziłem tam w przesłankach, że jest coś identycznego z Bogiem. Sam Kant raczej nie poczułby się źle na wieść o tym, że jego krytyka nie dotyczy argumentu Anzelma, jako że nie pisał on jej przeciw Anzelmowi, a przeciw Leibnizowi i poprzez niego przeciwko Kartezjuszowi. Może zamiast zastanawiać się bez końca nad tym, co Anzelm mógł uważać, lepiej zwrócić się ku temu, co uważał na pewno.

Jak zwykle przy próbie odrzucenia argumentu musimy zwrócić się ku przesłankom. Definicję proponuje pozostawić w spokoju, bo jak pisałem w części drugiej, nad jej słusznością można debatować bez końca. W wersji zmodyfikowanej, którą zaproponowałem, przesłance P3 ciężko odmówić słuszności, zaś w przypadku P2, choć może ona budzić wątpliwości, da się znaleźć uzasadnienie. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że w przytoczonym poprzednio fragmencie Proslogionu Anzelm stara się uzasadnić tylko jedną z przesłanek, co być może wskazuje na to, że sam uważał ją za nieoczywistą. Mowa o przesłance P1, która stwierdza, że najwspanialsza rzecz istnieje w umyśle, albo, używając narzędzi, jakie tu wypracowaliśmy, istnieje tam jej pojęcie. Anzelm uzasadnia ją tak:

Z całą pewnością jednak tenże sam głupiec, gdy słyszy to właśnie, co mówię: "coś, ponad co nic większego nie może być pomyślane", rozumie to, co słyszy, a to, co rozumie, jest w jego intelekcie, nawet gdyby nie rozumiał, że ono jest.

Czyli fakt, że głupiec rozumie te słowa, świadczy o tym, że ma w umyśle stosowne pojęcie. I tu tkwi problem Anzelma, co zauważył już Gaunilon, choć przeważnie wspomina się go tylko ze względu na nieszczęsną wyspę. Rozumienie słów coś, ponad co nic większego nie można pomyśleć musiałoby gwarantować, że pojęcie, jakie ma w umyśle głupiec, będzie uniwersalne tj. będzie co do joty odpowiadać pojęciu, jakie ma Anzelm, kiedy wymawia te słowa, bo tylko wtedy głupiec mógłby zidentyfikować rzeczywisty obiekt przy jego pomocy i obiekt ten byłby identyczny z tym, który zidentyfikował Anzelm. Rzecz w tym, że zrozumienie tych słów tego nie zapewnia. Raz, że te same słowa mogą dla głupca mieć zupełnie inne znaczenie, a dwa, że nawet gdyby tak nie było, to znaczenie tych słów nie determinuje jednoznacznie całego zbioru predykatów, jakie Anzelm wiąże z obiektem, jaki ma na myśli. Co więcej głupiec może rozumieć słowa, a jednak nie mieć w umyśle nic, co odpowiadałoby opisywanemu obiektowi. Weźmy banalny przykład żonatego kawalera. Każdy w czytających rozumie te słowa, jednak czy temu rozumieniu towarzyszy stosowne pojęcie takiego obiektu? Bynajmniej, wszak to obiekt niemożliwy, podobnie jak kwadratowe koło lub liczba pierwsza różna od dwa i podzielna przez dwa. Innym przykładem niech będzie ważkoszczur. Znaczenie tej nazwy łatwo odgadnąć, ale nikt z was nie wie, jakie pojęcie ja wiążę z tą nazwą (nie, nie ma skrzydełek). Wobec tego aby zaakceptować przesłankę P1 już wcześniej trzeba być przekonanym, że Bóg istnieje, i to ten sam Bóg, w którego wierzy Anzelm, inaczej jego słowom nie będzie odpowiadać pojęcie, które on sam posiada. Z samego rozumienia słów nic nie wynika i nie ma kompletnie żadnego powodu przyjmować P1 zamiast jej negacji. Gdybyśmy teraz przełożyli ten akapit na język modalności, to okazałoby się, ze dokładnie ten sam problem pojawił się u Plantingi. Tam też nie było żadnego powodu, by nie przyjąć, że jest niemożliwe, aby maksymalna doskonałość była egzemplifikowana. To właśnie de facto tę możliwość musiałby udowodnić argument. Anzelm swoją próbę podjął, jednak jego uzasadnienie zawodzi, bo nie chciało mu się czytać o filozofii języka. I niech to będzie przestrogą. Ja zaś będę pamiętał o tym, aby Kanta pochopnie nie skreślać.

Spamlista dla zainteresowanych: KLIK

#nowyonanizm #filozofia #ateizm #religia

Przejdź do wpisu

Dodany: 2019-01-22 18:25:27 | Ostatnio wołany: 2019-01-22 18:25:41


O dowodzie ontologicznym cz.2

Dziś kontynuujemy naszą wyprawę przez jałowe ziemie aprioryzmu. W części pierwszej scharakteryzowałem dowody ontologiczne; wyjaśniłem też, co czyni je wyjątkowymi oraz zaznaczyłem, że pod tą zbiorczą nazwą kryje się mnogość wariacji, które zrodzone zostały u różnych źródeł i w różnych postaciach. W tej części, zgodnie z obietnicą, przedstawię dowód Anzelma.

‘Dlaczego Anzelm?’ ktoś mógłby spytać, ‘Wszak są argumenty współczesne, choćby ten Plantingi, który już omawiałeś’. Cóż, przede wszystkim powodem jest to, że kiedy w internecie mowa o dowodzie ontologicznym, prawie zawsze oznacza to argument Anzelma, stąd też to on jest najczęściej krytykowany i wyśmiewany. Jednocześnie daje się odnotować, iż wielu takich krytyków nie ma pojęcia, jak rzeczywiście brzmi ten argument. Kolejnym pretekstem jest fakt, że to właśnie ten argument zapoczątkował bogatą tradycję. Całkiem możliwe, że gdyby nie Anzelm, dziś nie musielibyśmy toczyć bohaterskich bojów przeciw apriorycznej Hydrze. Jeśli to za mało, to trzeba też wspomnieć, iż jest to argument najlepszy, jeśli rozważymy wszystkie tego typu próby podjęte przed XX stuleciem, albowiem Anzelm zdołał uniknąć tych błędów, jakie popełnili Kartezjusz czy Spinoza. Muszę jednak tutaj zaznaczyć, że w istocie Anzelm sformułował dwa argumenty. Pierwszy z nich – ten, który będziemy rozpatrywać – zawarty został w drugim rozdziale Proslogionu, a jego konkluzją jest, że Bóg istnieje. Drugi z argumentów znaleźć można w rozdziale trzecim, zaś jego wniosek przypisuje Bogu istnienie konieczne. Tym zajmować się nie będę, a to dlatego że jego ulepszoną wersją jest argument Plantingi, który już niegdyś opisywałem. Jednak czy warto w takim razie przejmować się argumentem, który nie dowodzi, że Bóg egzystuje z konieczności? Findlay w Can God's Existence be Disproved? utrzymuje, że tylko taki obiekt, który posiada jakąś własność w sposób konieczny, jest obiektem godnym czci wyznawców (ukłon w stronę @shadowboxer). Wolałbym jednak każdemu pozostawić wybór co do tego, przed czym chce paść na kolana, jako że to są jego kolana i nie mnie troszczyć się o nie. Poza tym linia krytyki, którą mam zamiar poruszyć, kiedy ją przełożyć na język modalności, dotyka również argumentu z rozdziału trzeciego.

Argument z rozdziału drugiego przebiega następująco (tłum. Tadeusz Włodarczyk):

A więc, Panie, który udzielasz zrozumienia wierze, daj mi, bym zrozumiał, na ile to uważasz za wskazane, że jesteś, jak w to wierzymy, i jesteś tym, w co wierzymy. [1] A wierzymy zaiste, że jesteś czymś, ponad co niczego większego nie można pomyśleć. Czy więc nie ma jakiejś takiej natury, skoro powiedział głupi w swoim sercu: nie ma Boga? [2] Z całą pewnością jednak tenże sam głupiec, gdy słyszy to właśnie, co mówię: "coś, ponad co nic większego nie może być pomyślane", rozumie to, co słyszy, a to, co rozumie, jest w jego intelekcie, nawet gdyby nie rozumiał, że ono jest. Czymś innym bowiem jest to, że rzecz jest w intelekcie, a czymś innym poznanie tego, że rzecz jest. Kiedy bowiem malarz zastanawia się nad tym, co zamierza dopiero wykonać, to bez wątpienia ma w intelekcie to, czego jeszcze nie zrobił, ale nie poznaje jeszcze, że to jest. Kiedy zaś już namalował, to ma i w intelekcie to, co już wykonał, i poznaje, że to jest. [3] A więc także głupi przekonuje się, że jest przynajmniej w intelekcie coś, ponad co nic większego nie może być pomyślane, ponieważ gdy to słyszy, rozumie, a cokolwiek jest rozumiane, jest w intelekcie. Ale z pewnością to, ponad co nic większego nie może być pomyślane, nie może być jedynie w intelekcie. [4] Jeżeli bowiem jest jedynie tylko w intelekcie, to można pomyśleć, że jest także w rzeczywistości, a to jest czymś większym. Jeżeli więc to, ponad co nic większego nie może być pomyślane, jest jedynie tylko w intelekcie, wówczas to samo, ponad co nic większego nie może być pomyślane, jest jednocześnie tym, ponad co coś większego może być pomyślane. Tak jednak z pewnością być nie może. Zatem coś, ponad co nic większego nie może być pomyślane, istnieje bez wątpienia i w intelekcie, i w rzeczywistości.

Wytłuszczone i ponumerowane przeze mnie fragmenty są kluczowe dla rekonstrukcji dowodu, do której właśnie przechodzimy.

Zdanie z numerem [1] zawiera definicję Boga jako ‘czegoś, ponad co niczego większego nie można pomyśleć’. Od teraz zamiast określenia większy będę używać wspanialszy, lecz tylko ze względu na swoje preferencje. Zdania [2] i [3] formułują i uzasadniają jedną z przesłanek, której treść zapiszemy jako ‘Bóg istnieje w umyśle’. Jest to, jak się potem okaże, przesłanka kluczowa. Dalej w [4] mamy założenie dla dowodu nie wprost oraz drugą i trzecią z przesłanek. Kiedy przedstawimy dowód w formie uporządkowanej, przyjmie on następującą postać:

(1) Bóg jest czymś, ponad co nic wspanialszego nie można pomyśleć (DEF)
(2) Bóg istnieje w umyśle (P1)
(3) Istnienie w rzeczywistości jest wspanialsze od istnienia w samym umyśle (P2)
(4) Można pomyśleć o czymś, co jest identyczne z Bogiem, a do tego istnieje w rzeczywistości (P3)
(5) Załóżmy, że coś, ponad co nic wspanialszego nie można pomyśleć [Bóg], nie istnieje w rzeczywistości (założenie dla RAA)
(6) Coś, co jest identyczne z Bogiem, a do tego istnieje w rzeczywistości, jest wspanialsze niż Bóg, bo ten istnieje tylko w umyśle (z 2, 3 i 5)
(7) Zatem można pomyśleć o czymś wspanialszym niż Bóg (z 4 i 6)
(8) Zatem, na mocy definicji, można pomyśleć o czymś wspanialszym niż coś, ponad co nic wspanialszego nie można pomyśleć (sprzeczność)
(9) Zatem Bóg istnieje w również rzeczywistości (wniosek)

Zanim przejdziemy do formalizacji, już teraz warto zwrócić uwagę na to, że częsty zarzut, jakoby Anzelm definiował Boga jako istniejącego, jest bezzasadny. W definicji nie ma słowa o tym, że Bóg istnieje. Nie ma go również explicite w przesłankach. Owszem, Anzelm dobrał przesłanki tak, aby wyszło mu to, czego chciał dowieść, jednak jest to nieodzowne przy tworzeniu argumentu. Czynić wyrzuty komuś, że argumentuje pod tezę, jest poniekąd jak wygłaszanie pretensji, że kroi ziemniaki, a przecież chciał przyrządzić frytki. Wszelkie kontrdowody, które mają pokazywać absurdalność argumentu, po pierwsze, jak pisałem w poprzedniej części, nie wyjaśniają, co jest z nim nie tak, po drugie na ogół są jedynie pozornymi analogiami. Przykład Gaunilona zawodzi, albowiem jego wyspa nie spełnia definicji z dowodu Anzelma, a to ze względu na inną dziedzinę kwantyfikacji. Gaunilon podaje przykład najwspanialszego elementu ze zbioru wysp, zaś Anzelm rozpatruje znacznie szerszy zbiór, mianowicie zbiór wszystkich obiektów. O ile możliwym wydaje się znalezienie obiektu wspanialszego niż najwspanialsza wyspa, o tyle ciężko znaleźć nawet jakikolwiek obiekt poza zbiorem wszystkich obiektów, nie wspominając o obiekcie wspanialszym. Oczywiście jak zawsze zasadną jest konstatacja, iż argument Anzelma, jeśli poprawny i konkluzywny, dowodzi jedynie istnienia bliżej nieokreślonego boga, jednak nie Boga abrahamowego. Wszelako taka linia krytyki prowadziłaby do długiej i niepotrzebnej polemiki na temat tego, czy Bóg chrześcijański spełnia definicję czy nie, zatem porzucimy tę ścieżkę.

Chcąc sformalizować ten dowód, napotykamy pewne trudności. Anzelm złośliwie umarł na długo przed tym, jak Frege napisał Begriffsschrift (przyznam, iż chciałbym wiedzieć, jak to się wymawia), więc nie dysponował narzędziami współczesnej logiki. Co więcej obca mu była klarowność znamienna dla dzisiejszej filozofii analitycznej, stąd pojawia się sporo problemów interpretacyjnych, co dotyczy zwłaszcza (4). Nie do końca wiadomo, jak coś może być identyczne z czymś innym, ale jednak czymś różnym. Nie wiadomo też, czy Anzelm traktował istnienie jako predykat albo kantowskie ‘określenie’, choć wydaje się, że nie, a przynajmniej bez trudu można przeformułować argument tak, aby wątpliwości te odeprzeć (więcej o tym przy omawianiu krytyki Kanta). Mimo że dowód wygląda na sformułowany w logice pierwszego rzędu, formalizacja P2 zdaje się wymagać logiki drugiego rzędu. Nie mam zamiaru tak komplikować, więc zanim podam postać formalną, nieco zmodyfikujemy argument Anzelma.

Anzelm zakłada, że porównywać względem wspaniałości można obiekty, które współdzielą wszystkie własności poza istnieniem. My wzmocnimy te przesłankę tak, aby porównywać można było obiekty dowolne, czyli po prostu każdy obiekt istniejący w rzeczywistości jest wspanialszy od nieistniejącego. Mogą pojawić się głosy sprzeciwu, podobnie jak w przypadku oryginalnej wersji, jednak przesłanka ta przynajmniej nie jest na pierwszy rzut oka błędna. Fakt, że do obiektów rzeczywistych przywiązujemy większą wagę, a o rzeczywistych ludzi troszczymy się bardziej niż o bohaterów powieści, jakkolwiek wielkich przymiotów by nie byli, przynajmniej częściowo wspiera tę przesłankę. Dodatkowo skoro wzmocniliśmy P2, dla równowagi osłabimy P3 i założymy po prostu, że COŚ istnieje w umyśle i rzeczywistości. Tutaj z kolei nasza wersja wydaje się bardziej wiarygodna niż anzelmowska, przynajmniej dla tych, którzy nie są solipsystami. Dla uproszczenia dowodu określimy dziedzinę kwantyfikacji jako dziedzinę obiektów istniejących w umyśle, co ograniczy liczbę predykatów. Wyrażenia Bx, Rx i x>y oznaczać będą kolejno ‘x jest Bogiem’, ‘x istnieje w rzeczywistości’ i ‘x jest wspanialsze od y’. RAA oznacza dowód nie wprost. Teraz możemy przejść do formalizacji:

1. (x)(Bx ≡ ~(∃y)y>x) [z definicji]
2. (∃x)Bx [P1]
3. (x)(y)((~Rx & Ry) ⊃ y>x) [P2]
4. (∃x)Rx [P3]
5. ∴ (∃x)(Bx & Rx) [do udowodnienia]
6. ┌~(∃x)(Bx & Rx) [założenie dla RAA]
7. │(x)~(Bx & Rx) [z 6]
8. │Bm [z 2]
9. │Rk [z 4]
10. │~(Bm & Rm) [z 7]
11. │~Rm [z 8 i 10]
12. │(~Rm & Rk) ⊃ k>m [z 3]
13. │(~Rm & Rk) [z 9, 11]
14. │ k>m [z 12, 13 i modus tollens]
15. │ Bm ≡ ~(∃y)y>m [z 1]
16. │ ~(∃y)y>m [z 8, 15 i eliminacja równoważności]
17. │ (y)~(y>m) [z 16]
18. └ ~(k>m) [z 17, sprzeczne z 14]

Tym samym udowodniliśmy, że nasza wersja argumentu jest poprawna (wersja oryginalna również jest, ale musicie mi wierzyć na słowo). Choć ta część miała być ostatnią, to uznałem, że gdybym miał jeszcze w niej uwzględnić omówienie kantowskiej krytyki oraz przytoczenie zarzutów, które są moim zdaniem trafne, wpis wyszedłby nazbyt długi, zwłaszcza, że zawiera on masę jakichś dziwnych znaczków, co do których tylko udaję, że je rozumiem. Z tego powodu polemika pojawi się w części trzeciej, czyli jutro bądź pojutrze. Albo w weekend. Kiedyś.

Spamlista dla zainteresowanych: KLIK

#nowyonanizm #filozofia #ateizm #religia

Przejdź do wpisu

Dodany: 2019-01-08 17:22:22 | Ostatnio wołany: 2019-01-08 17:22:48


O dowodzie ontologicznym cz.1

Po całkiem długiej przerwie wracamy do intelektualnej onanizacji i tym razem na warsztat ponownie weźmiemy jeden z argumentów teistycznych. Argument szczególny, albowiem po stronie ateistycznej jest on nierzadko wyśmiewany jako bzdurny (co w zasadzie spotyka wszelkie argumenty teistyczne), a po stronie, której winien być orężem, również nie budzi większego entuzjazmu. Mowa o argumencie ontologicznym. I już teraz wypada zaznaczyć, że pojęć argumentu ontologicznego oraz dowodu ontologicznego będę używał zamiennie, nie zważając na utyskiwania, bowiem nasz zwyczaj językowy taką zamienność dopuszcza. Część pierwsza, którą właśnie czytacie, jest swoistym preludium. Tutaj omówię, co wyróżnia dowód ontologiczny na tle innych argumentów; dlaczego powinniśmy mówić raczej o dowodach; z jakiego powodu budził tak wielkie zainteresowanie filozofów. Część druga zawierać będzie już sam argument w formie schematycznej; wyjaśnienie, czemu większość internetowych krytyk jest zwyczajnie nietrafiona oraz przykłady, moim zdaniem, trafnych zarzutów. Znajdzie się tam również pewnie kilka wzmianek o problemach formalnych, zatem będzie jeszcze nudniej, niż mogłoby się to zrazu wydawać.

Co odróżnia argument ontologiczny od reszty argumentów za istnieniem Boga? Daje się zauważyć, że nazwa argumentu przeważnie wynika z tego, co bierze on za świadectwo boskiej egzystencji. Argument kosmologiczny dowodzi istnienia Boga, powołując się na istnienie lub powstanie Wszechświata; argument z projektu za przesłankę ma podobieństwo wytworów ludzkiego intelektu do wytworów natury lub całego kosmosu; argument moralny czerpie z istnienia uniwersalnych i niezależnych reguł moralnych. Co jest przesłanką dowodu ontologicznego? Zerkając na nazwę, chciałoby się odpowiedzieć ‘istnienie Boga’. W tym momencie ktoś mógłby rzec ‘To przecież prowadzi do kołowości, a o czyniłoby ten argument błędnym. Hurra, już na wstępnie zniszczyliśmy tę próbę gwałcenia logiki!’. Cóż, nie do końca. Pierwszym problemem jest to, że dowodów ontologicznych sformułowano kilka, stąd ciężko o jedną przesłankę, która łączyłaby je wszystkie. Drugą sprawą jest to, że żaden z nich nie zakłada, że Bóg istnieje, a przynajmniej nie robi tego w sposób jawny i widoczny na pierwszy rzut oka. Co w takim razie charakteryzuje argumenty ontologiczne? Otóż wszystkie w mniejszym lub większym stopniu opierają się na analizie tego, co tak naprawdę miałyby znaczyć nasze koncepty i jakie konsekwencje miałyby z nich wynikać. Stąd ich autorzy przeważnie najpierw dumają nad tym, co znaczy być Bogiem; co znaczy być najwspanialszym; co znaczy istnieć etc., a następnie dochodzą do wniosku, że kiedy dostatecznie długo się nad tym zastanowimy, to wyjdzie nam, że Bóg istnieć musi.

Scharakteryzowaliśmy dowód ontologiczny, ale nadal nie odpowiedzieliśmy na pytanie, czym on różni się od reszty teologicznego towarzystwa. Jednak podpowiedź już padła. Argumenty kosmologiczne, teleologiczne, z projektu etc. łączy to, że opierają się na empirycznych i przygodnych przesłankach. Każdy z nich bierze powszechnie uznany fenomen (choć czasem kontrowersyjnie go przedstawia) i z jego istnienia dedukuje istnienie Stwórcy czy Projektanta. Dowód ontologiczny brzydzi się empirią. Jest to dowód od początku do końca aprioryczny, nieskalany wejrzeniem w świat doświadczenia, a jego ulubione zwierzątka to możliwość i konieczność. I tu zjawia się kolejna sposobność, aby zgładzić tego potwora. Jako wyrzekł hume’owski Kleantes (Dialogi o religii naturalnej):

Rozpocznę od uwagi, że jest oczywistą niedorzecznością utrzymywać, jakoby faktów dowodzić było można demonstratywnie czy też przy pomocy argumentów a priori. Demonstratywnie da się pokazać to tylko, czego zaprzeczenie implikuje sprzeczność. Nic, co da się jasno pojąć, nie implikuje sprzeczności. Cokolwiek pojmujemy jako istniejące, możemy pojąć również jako nieistniejące.

Miło byłoby móc dowodzić istnienia, siedząc sobie spokojnie w fotelu. Aprioryzm to tylko zabawa słowami. Nic z niej nie wynika, zatem jest jałowa, a jałowość to właśnie to, co przyciąga filozofów, czyż nie? Być może, lecz wstrzymajmy się chwilę. Metoda a priori mimo wszystko jest stosowana i to stosowana powszechnie. Chcąc ją odrzucić, musielibyśmy odrzucić też matematykę i logikę. Czy jesteśmy gotowi to zrobić w imię Dawkinsa? Nie sądzę. W cytowanym fragmencie Hume popłynął trochę za daleko. Faktycznie, nie można demonstratywnie dowodzić czegoś, co nie wynika ze sprzeczności, a zatem nie jest logicznie konieczne. Mylił się jednak Kleantes, mówiąc, że żaden sąd pokroju ‘x istnieje’ nie jest logicznie konieczny, albowiem jest koniecznie prawdziwe twierdzenie ‘Istnieje liczba pierwsza większa od 8 i mniejsza od 12’. Proponenci dowodu ontologicznego twierdzą, że Bóg pod względem swojego istnienia jest w pewien sposób podobny liczbom – jego egzystencja wynika z jego istoty. Toteż nie tędy droga.

Zatem jałowość argumentu nie wynika z jego apriorycznego charakteru. Mimo to wydaje się niewyobrażalne, aby mógł on kogokolwiek przekonać do wiary. Dla laika cały dowód to jakieś czary-mary ze słowami i jeśli już jest wierzący, co jest mu on zbędny, jeśli natomiast nie wierzy, nie da się przekonać takim sztuczkom. Wspomniałem jednak, że filozofowie mocno zainteresowali się dowodem ontologicznym. Po części wynika to zapewne z tego, że wszystko, co jałowe, ich przyciąga, lecz byłoby niesprawiedliwie ograniczać tak powody fascynacji. Praktycznie wszyscy zgadzają się, że coś jest nie tak z argumentem, bowiem jak wielokrotnie pokazywano, w podobny sposób do tego, w jaki dowodził boskiej egzystencji św. Anzelm, można dowieść istnienia najwspanialszej wyspy (Gaunilon), nieistnienia Boga (Gasking), a nawet istnienia nieskończenie wielkiej populacji Gwatemalczyków (Plantinga). Łatwo jednak jest wyrzucić popsute urządzenie na śmietnik, trudniej zaś znaleźć przyczynę awarii. Podobnie jest w przypadku tego argumentu. Pokazanie, że można go stosować do dowodzenia absurdów to jedno; wyjaśnić, co jest z nim nie tak – drugie. I to drugie jest znacznie trudniejsze. Pragnę tutaj zaznaczyć, że niestety błyskotliwa refutacja poprzez piaskownicę w wykonaniu Ryszarda Dawkinsa temu zadaniu nie podołała. Swoją drogą błędnie odnosi on kantowską krytykę do argumentu Anzelma, podczas gdy Maniek pisał ją z myślą o argumencie kartezjańskim. Ciężko też kupić historyjkę o tym, jak zagiął kumpli filozofów dowodem na latające świnie, bowiem raczej nikt nie ‘odwoływałby się’ do logiki modalnej w celu refutacji argumentu, który nie byłby w niej sformułowany.

Na koniec wyjaśnię może, dlaczego pisałem o argumentach ontologicznych. Otóż dowód ontologiczny ma bogatą tradycję zapoczątkowaną przez Anzelma w XI wieku. Stulecia przyniosły nam, oprócz jego dowodu z Proslogionu, między innymi dowody Kartezjusza, Malcolma, Gödla i Plantingi. Co z tego dla nas wynika? Choć wszystkie one są argumentami ontologicznymi, to różnią się od siebie, często w sposób znaczący. Różnią się nie tylko treścią przesłanek, ale i stroną formalną. Argumenty Anzelma i Kartezjusza sformułowano w rachunku predykatów pierwszego rzędu (a raczej w nim są rekonstruowane) i oparte są na dowodzie nie wprost; argumenty Malcolma i Plantingi to modalny rachunek zdań w systemie S5; dowód Gödla to modalny rachunek predykatów trzeciego rzędu. Różnice materialne sprawiają, że często trafna krytyka jednej z wersji będzie nieadekwatna w odniesieniu do innej. Tak jest na przykład ze wspomnianą krytyką Kanta, która nie odnosi się do argumentu Anzelma. Więcej o tym w kolejnej części.

***

Rozbicie wpisu ma oczywiście ułatwić czytanie tym, których po lekturze czterech zdań boli głowa. Część druga pojawi się niedługo (tj. w tym kwartale).

Spamlista dla zainteresowanych: KLIK

#nowyonanizm #filozofia #religia #ateizm

Przejdź do wpisu

Dodany: 2018-09-29 10:38:24 | Ostatnio wołany: 2018-09-29 10:38:52


Brak dowodu na istnienie nie jest dowodem nieistnienia, czyli kurwienie logiki cz.2

W poprzednim wpisie omówiliśmy, co sprawia, że dany argument jest logicznie poprawny i na czym polega błąd formalny. Dzisiaj zapoznamy się z błędami nieformalnymi. W dobie poradników dobrych dyskusji, przykazań logiki (jak w obrazku na końcu) i patologicznej tendencji do każdorazowego odsyłania do Wikipedii, i to bez uważnego przeczytania zalinkowanego artykułu, aż strach podać jakikolwiek argument, bo oto zaraz zjawia się samozwańczy obrońca rozumu, który z oskarżycielsko skierowanym na nas palcem wykrzykuje Argumentum ad XYZ!. Pod tagiem #ateizm bez przerwy padają oskarżenia o argument z niewiedzy, zaś wytknięcie czyjegoś braku kompetencji uznawane jest za błąd argumentacyjny. Naiwnie tuszę, że ten wpis choć minimalnie i lokalnie obniży poziom histerii, jaka ogarnęła internetowy dyskurs.

Zanim przedstawie i omówię kilka przykładów błędów nieformalnych, muszę jasno nakreślić kwestię chyba najistotniejszą. Otóż istnieje pewien warunek konieczny, który musi spełnić czyjaś wypowiedź, aby uznać, że tkwi w niej takowy błąd. Tym warunkiem jest, aby wypowiedź ta rzeczywiście miała na celu uzasadnienie jakiejś tezy, albo, innymi słowy, aby zaistniał błąd argumentacyjny, musi zaistnieć argument. Stąd nazwanie kogoś ‘chujem’ nie jest i nigdy nie było przykładem błędu ad hominem (ad personam), bowiem celem użycia tego słowa nie jest wykazanie prawdziwości lub fałszywości stanowiska oponenta, a zwyczajne obrażenie go. Kolejną rzeczą, na którą chciałbym zwrócić uwagę, jest zwyczajna nieskuteczność perswazyjna wrzucania linków do Wikipedii czy też obrazków jak poniżej. Nie wystarczy rzucić ad ignorantiam i liczyć plusiki, radując się z tego, że kogoś ‘zaoraliśmy’; trzeba jeszcze dokładnie pokazać, gdzie ten błąd wystąpił. Zamiast odsyłać do wiki, może lepiej samodzielnie (wiem, to trudne) wytłumaczyć rozmówcy, dlaczego uważamy jego argument za błędny? Tym bardziej, że jak zauważyłem, linki te często rzucane są bezrefleksyjnie i wskazują na to, że linkujący nie zapoznał się z ich zawartością.

Pierwszym błędem, jaki chcę omówić, jest argument kołowy, zwany też circulus in probando lub begging the question. Często można napotkać zarzut begging the question w niewłaściwym kontekście tj. jako zarzut, że dany argument ma wątpliwe przesłanki. Obrazek poniżej również źle wyjaśnia naturę tego błędu (4.), bowiem nie ma nic złego w zakładaniu prawdziwości przesłanek, co więcej, nie widzę sensu w formułowaniu argumentów, którego przesłanki uznajemy za nieprawdziwe. Argument jest kołowy, kiedy zakłada coś, co należy dopiero wykazać. Oto prosty przykład:

Aborcja jest nieetyczna, bowiem uśmiercenie płodu jest złe

Wyrażenia 'aborcja jest nieetyczna' i 'uśmiercenie płodu jest złe' znaczą to samo. Uznanie prawdziwości jednego z nich koniecznie zakłada prawdziwość drugiego. Błąd ten popełniany jest również, kiedy usiłujemy uzasadnić empiryzm, a w konsekwencji naukę, odwołując się do tego, że one działają: to, że empiryzm działa, stwierdzamy empirycznie. Problem ten nie dotyczy tylko empiryzmu i nauki, ale każdego źródła wiedzy, albowiem źródło to będzie godne zaufania, jeśli sformułowane w oparciu o nie przekonanie będzie godne zaufania, jednak będzie ono takie tylko wtedy, kiedy źródło będzie godne zaufania itd.

Wbrew temu, co można wyczytać na obrazku pod numerem 6, nie każdy argument sprowadzający się do dwóch opcji będzie fałszywą dychotomią, inaczej bowiem nie moglibyśmy stosować zasady wyłączonego środka. Fałszywa dychotomia musi być, co za niespodzianka, fałszywa, zaś jej fałszywość może mieć charakter dwojaki:

1. Opcje przedstawione jako sprzeczne w rzeczywistości wcale się nie wykluczają i jest możliwe, aby przyjąć bądź odrzucić je obydwie zachowując logiczną spójność.

2. Opcji jest więcej, a proponent argumentu nie uzasadnił ich odrzucenia.

Genetic fallacy polega na stwierdzaniu fałszywości lub prawdziwości tezy oponenta na podstawie powodów, przez które w nią wierzy. Przykładem będzie:

X wierzy, że katolicki Bóg istnieje, bo urodził się w katolickiej rodzinie
Zatem katolicki Bóg nie istnieje

Albo też:

X wierzy, że katolicki Bóg nie istnieje, bo rodzice zmuszali go do chodzenia na mszę
Zatem katolicki Bóg istnieje

Aby pokazać, że przekonanie jest fałszywe, trzeba argumentować przeciwko jego treści, nie zaś wyjaśniać jego przyczyny. Jednak nie zawsze przywołanie okoliczności formowania przekonania jest błędem argumentacyjnym. W tym i kolejnych przypadkach mam zamiar pokazać, że to, co na pierwszy rzut oka zdaje się podpadać pod łatkę błędu, jest tak naprawdę poprawnym argumentem dedukcyjnym bądź indukcyjnym. I tak argument:

X wierzy, że katolicki Bóg istnieje tylko dlatego, że urodził się w katolickiej rodzinie
Zatem X nie jest racjonalny w swojej wierze

jest dobrym argumentem dedukcyjnym, choć entymematycznym, bo pomija przesłankę:

Jeśli X wierzy, że katolicki Bóg istnieje tylko dlatego, że urodził się w katolickiej rodzinie, to X nie jest racjonalny w swojej wierze

Podobnie jak genetic fallacy, odwołanie do autorytetu (appeal to authority) może przybrać formę błędną i poprawną:

Forma błędna:

X twierdzi, że A
Zatem A

Dosyć mocny argument indukcyjny:

X twierdzi, że A
X jest autorytetem w swojej dziedzinie i A należy do tej dziedziny
Zatem prawdopodobnie A

Który można jeszcze wzmocnić, dodając przesłankę:

Większość innych autorytetów z tej dziedziny zgadza się z X

Jak widać, aby appeal to authority stało się pełnoprawnym argumentem, nasz autorytet rzeczywiście musi być autorytetem, a teza mieścić się z zakresie jego ekspertyzy. Łatwo dać się zwariować w czasach, gdy wyśpiewywane są peany ku czci samodzielnego i krytycznego myślenia, jednak czasem warto zawierzyć ekspertom i taka strategia epistemiczna zdaje się całkiem racjonalna.

Wróćmy jeszcze do obrazka, a konkretnie do punktu 1. Błąd ad hominem (ad personam) nie polega na atakowaniu rozmówcy, a na wysuwaniu z przysługujących mu własności wniosku na temat prawdziwości jego twierdzenia. Więcej, nie chodzi tu o własności w ogóle, a o własności niezwiązane z jego kompetencjami poznawczymi czy niewpływające na jego prawdomówność. I tak argumenty:

X twierdzi, że po jego pokoju biegają białe myszki
X jest pijany
Zatem prawdopodobnie po jego pokoju nie biegają białe myszki

X twierdzi, że ostatniej nocy zaliczył trójkącik
X ma tendencje do zmyślania
X jest brzydki jak noc
Zatem prawdopodobnie X nie zaliczył trójkąciku ostatniej nocy

są mocnymi argumentami indukcyjnymi, zaś argument:

X twierdzi, że A
X jest kobietą/facetem/katolem/ateistą/dzieckiem/żydem/prawicowcem/(tu wstaw dowolną własność niezwiązaną z kompetencjami X)
Zatem nie A

jest błędny. Widać różnicę?

Na koniec gwiazda wieczoru, pogromca tak wykopowych katoli, jak i ateistów. Całe narody padają przed nim na kolana, drżąc ze strachu. Oto argument z niewiedzy:

Nie ma dowodów, że A
Zatem nie A

Albo:

Nie ma dowodów, że nie A
Zatem A

Aby argument był rzeczywiście argumentem z niewiedzy, musi on przybrać taką formę. Wbrew temu, co wypisują geniusze pokroju @lakukaracza_ (w tym wpisie) czy @przesympatyczny_pan (w tym wpisie), a nawet tuzy jutubowego racjonalizmu (w tym filmiku):

1. Inference to the best explanation nie jest argumentem z niewiedzy.
2. Brak dowodów na istnienie czegoś jest całkiem racjonalnym powodem odrzucenia tezy, że to coś istnieje.
3. Argument kosmologiczny nie jest argumentem z niewiedzy (o kurwa xd).

Ad. 2: Wnioskowanie na podstawie braku dowodów na określoną hipotezę jest powszechną praktyką w działalności naukowej, bowiem hipotezy takowe generują przewidywania, zaś brak potwierdzenia tych predykcji można uznać za racjonalny powód odrzucenia hipotezy. Trzymając się samej filozofii, nic nie stoi na przeszkodzie, aby stworzyć poprawny dedukcyjnie argument, biorąc za przesłankę brak dowodów:

Jeśli istnieją jednorożce, to powinniśmy znajdować dowody ich istnienia np. czaszki z rogiem
Nie znajdujemy takich dowodów
Zatem jednorożce nie istnieją

Można podnosić obiekcje wobec pierwszej przesłanki (jednorożce są magiczne), lecz żadna nie zmieni faktu, iż argument ten jest poprawny i błąd nie występuje. Podobnie można tworzyć argumenty indukcyjne. Co więcej, formułując i przywołując określone stanowiska epistemologiczne, uzasadnionym jest argumentować za odrzuceniem tezy o istnieniu jakiegoś bytu na podstawie braku dowodów na jego istnienie, łącząc to z zasadą oszczędności ontologicznej. Taki oszczędny ontologicznie ewidencjalizm byłby wprawdzie stanowiskiem problematycznym do obrony, jednak nie byłoby tam mowy o ad ignorantiam.

Na tym kończymy. Omówiłem wprawdzie tylko nieliczne przykłady błędów, ale zdaje mi się, że tyle wystarczy, aby pokazać zarówno to, co pokazać chciałem, jak i to, czego pokazywać nie chciałem, to drugie bowiem ujawnia się w tym właśnie fakcie, że się nie ujawnia, lecz nie sposób ujawnić tego inaczej jak przez brak ujawnienia, jako że ujawnić wymaga powiedzieć, co jest tożsame z pomyśleć, a ja o tym pomyśleć nie jestem w stanie. Kolejny wpis miał dotyczyć problemów z filozofii logiki, ale to byłyby straszne nudy, podobnie zresztą jak nawet zgrubne omówienie systemów nieklasycznych i rozszerzeń modalnych. Stąd chyba skrobnę nieco na temat tego, czy Frodo jest/był/(?) Powiernikiem Pierścienia, czy ktoś taki jak Frodo istnieje, a jeśli nie istnieje, to co w ogóle istnieje i co znaczy to, że coś istnieje. Chociaż teraz, kiedy to napisałem, stwierdziłem, że to dopiero będzie nudne xd. Jak ktoś ma propozycje, to mile widziane będzie zawarcie ich w komentarzu.

Ach, wszyscy tylko o sensie życia, istocie świadomości, istnieniu boga, Chaosie, wagonikach i o tym, że człowiek działa, a przecież ontologia predykatów i teoria nazw to tak szalenie zajmujące tematy.

Spamlista dla zainteresowanych: KLIK

#nowyonanizm #filozofia #logika #gruparatowaniapoziomu

Przejdź do wpisu

Dodany: 2018-09-02 20:40:48 | Ostatnio wołany: 2018-09-02 20:41:37


Modus bonenz, czyli kurwienie logiki cz.1

Biorąc pod uwagę poziom zidiocenia, jaki po obu stronach osiągnięto w wojnach ateistyczno-religijnych na Wykopie, uznałem, iż dalsze wpisy o filozofii religii nie mają zanadto sensu, tym bardziej, że zainteresowanie nimi wykazują głównie osoby, dla których ich treść jest raczej oczywista. Wykopowi racjonaliści, choć to do nich głównie kierowany był cykl, nie byli skorzy, by wdawać się w jakąkolwiek polemikę w komentarzach (nie licząc zaprezentowania nowatorskiej metody słownikowej), byli bowiem zbyt zajęci pisaniem o czajniczkach i logicznym myśleniu. Czytając jednak po raz setny o tym, że brak dowodu na istnienie nie jest dowodem nieistnienia, zaś abdukcyjny argument z najlepszego wyjaśnienia jest argumentem z niewiedzy, łacno zauważyć, że wiedza na temat logiki oraz tego, co odróżnia poprawne argumenty od błędnych, jest godna pożałowania. I to nie tylko pod tagami #ateizm i #religia. Tym samym uznałem, że warto by przybliżyć, co czyni argument logicznie poprawnym; że brak dowodu czasem czegoś dowodzi; że ad hominem bywa poprawnym argumentem indukcyjnym i że wbrew powszechnemu mniemaniu na polu filozofii logiki znaleźć można równie wiele kontrowersji, co w debacie o istnieniu boga czy aborcji. Z powodu tematyki wpisy te będą chyba jedynymi, które kiedykolwiek otaguję #gruparatowaniapoziomu.

Ten odcinek poświęcimy temu, na czym polega błąd formalny, zatem i temu, co sprawia, ze dany argument jest poprawny. Zanim jednak przejdziemy dalej, muszę zastrzec, że ten i kolejne wpisy dotyczyć będą głównie logiki dedukcyjnej, toteż problemy wnioskowań indukcyjnych zostaną w znacznej mierze pominięte. O tym, czym się różni rozumowanie dedukcyjne od indukcyjnego, można przeczytać choćby na angielskiej wiki, więc daruje sobie kreślenie rozróżnień, podobnie jak definiowanie tego, czym logika jest i co nazywamy argumentem*. Tym jednak, którzy są całkowicie zieloni w tym temacie, polecam wybredność w wyborze źródeł informacji, bo często są lepsze sposoby nauki niż oglądanie filmiku na YouTube. Po takim wstępie możemy już przejść do meritum.

Jeśli mamy do czynienia z argumentem dedukcyjnym, to jego poprawność (validity) stwierdzimy, jeżeli struktura argumentu sprawia, że niemożliwym jest uzyskanie fałszywego wniosku z prawdziwych przesłanek. Błędem nowicjusza jest uznanie, że skoro nasz wniosek jest prawdziwy, to i argument jest poprawny, bowiem prawdziwość ta może mieć jedynie charakter przygodny. Weźmy następujący sylogizm:

Niektóre Wykopki są stulejami
Niektóre Wykopki są ateistami
Zatem niektórzy ateiści są stulejami

Wniosek bezpiecznie można uznać za prawdziwy (chociaż sam stuleją się nie czuję), lecz nie sprawia to, że nasz argument jest poprawny. Bo nie jest. Następny sylogizm ma tę samą strukturę:

Niektóre ssaki są psami
Niektóre ssaki są kotami
Zatem niektóre koty są psami

Wniosek jest trywialnie fałszywy, choć obie przesłanki są prawdziwe, tym samym argument jest błędny. Warto wbić sobie do łba (a potem, jak zobaczymy, wybić z niego), że argument jest poprawny wtedy i tylko wtedy, gdy byłoby sprzecznością otrzymać fałszywy wniosek z prawdziwych przesłanek. Argument, w którym przesłanki i wniosek są fałszywe, nadal może być argumentem poprawnym i pod względem logicznym może mu nic nie dolegać. W angielskiej literaturze oprócz określenia validity figuruje też soundness, my zaś będziemy używać słowa konkluzywność. Argument konkluzywny (sound) to taki, który oprócz poprawnej formy ma wszystkie przesłanki prawdziwe, a zatem i z konieczności prawdziwy wniosek. Ocena konkluzywności, czyli materialnej strony wnioskowania, zawsze jest zabiegiem jednostkowym i nie sposób wskazać żadnych reguł, na których miałoby się to odbywać. Osobiście mam wątpliwości, czy można stwierdzić, czy takie rozumowania w ogóle istnieją. Chodzi tylko o to, aby nie mylić tych dwóch własności. Tu mamy przykład poprawnego argumentu, którego konkluzywność jednak jest niepewna, nawet gdyby wniosek był prawdziwy:

Osoba ma prawo do życia
Istnieje płód, który jest osobą
Zatem istnieje płód, który ma prawo do życia

Jakby ktoś miał wątpliwości, poprawność argumentu łatwo udowodnić przed dowód nie wprost :

1. (x)(Ox ⊃ Żx)
2. (∃x)(Px & Ox)
3. [ ∴ (∃x)(Px & Żx)
4. ┌ ZAŁ: ~(∃x)(Px & Żx)
5. │ (x)~(Px & Żx) (z 4.)
6. │ (Pa & Oa) (z 2.)
7. │ ~(Pa & Ża) (z 5.)
8. │ ~ Ża (z 6. i 7. oraz własności koniunkcji)
9. │(Oa ⊃ Ża) (z 1.)
10. └ ~Oa (z 8. i 9. oraz modus tollens) (sprzeczne z 6.)
11. ∴ (∃x)(Px & Żx)

Skorośmy już powiedzieli sobie, co czyni argument poprawnym, to teraz łatwo już zrozumieć, że błąd formalny to błąd zawarty w samej strukturze wnioskowania, który umożliwia sytuację, w której wniosek jest fałszywy mimo prawdziwych przesłanek. W przypadku ludzi nieobeznanych w logice to błąd bardzo częsty, zwłaszcza w debatach telewizyjnych, u logików i filozofów (także tych od religii) jednak zdarza się bardzo rzadko. Częstym błędem u adeptów jest połączenie reguł modus ponens i modus tollens. Każda z nich uznawana jest za pewną regułę wnioskowania i obie oparte są na właściwościach implikacji. Modus ponens polega na wywnioskowaniu prawdziwości następnika z prawdziwości poprzednika:

P ⊃ Q
P
∴ Q

modus tollens zaś z fałszywości następnika wyciąga wniosek o fałszywości poprzednika:

P ⊃ Q
~Q
∴ ~P

Z pomieszania obu tych reguł można stworzyć coś, co roboczo nazwałem modus bonenz:

P ⊃ Q
~P
∴ ~Q

Albo:

P ⊃ Q
Q
∴ P

Biorąc pod uwagę wszystko, co zostało tutaj napisane, może zdawać się, że sprawa jest prosta. Wystarczy chwilę pobawić się dowodzeniem, poznać poprawne struktury argumentów i potem z automatu można rozpoznawać i odrzucać argumenty błędne. Niestety, okazuje się, że takie struktury nie są uniwersalne, i choć w dziewięciu przypadkach na dziesięć argumenty można sprawdzać w sposób mechaniczny, to w końcu trafimy na taki, który posiada taki sam schemat, lecz jest niepoprawny. Oto poprawny argument:

Michał Białek wcina rogale
Michał Białek to właściciel Wykopu
Zatem Właściciel Wykopu wcina rogale

1. Rb
2. b=w
3. [ ∴ Rw
4. ┌ ZAŁ: ~Rw
5. └ ~Rb (z 2. i 4.) (sprzeczność z 1.)
6. Rw

Weźmy teraz argument o dokładnie takiej samej strukturze, jednak dotyczący treści umysłowej Seby. Seba kategorycznie nie wierzy w istnienie bogów greckich, jednak jako prawdziwy prawilniak skończył jedynie gimnazjum i poszedł do OHP. Nie można też powiedzieć, żeby specjalnie uważał na lekcjach. Hekate jest imieniem jednej z greckich bogiń, bogini czarów. Czyli:

Seba nie wierzy w istnienie greckiej bogini czarów
Hekate jest grecką boginią czarów
Zatem Seba nie wierzy w istnienie Hekate

Problem w tym, że Seba, jako nieuk i ignorant, nigdy nie słyszał tego imienia, toteż nie może mieć w swoim umyśle żadnego przekonania dotyczącego Hekate i z tego powodu nasz wniosek jest fałszywy, chociaż obie przesłanki prawdziwe. Logiczne, c’nie?

Po co ja w ogóle piszę takie nudne rzeczy? Otóż mam nadzieję, nikłą wprawdzie, że gdy następnym razem ktoś z czytających będzie chciał przywołać do pomocy logikę albo określi coś logicznym, sądząc jednocześnie, że to rozwiązuje spór, stanie wobec wątpliwości. Z tego, że coś jest logicznie poprawne, niewiele wynika, a i sama logiczna poprawność nie jest tak znowu oczywista. Z drugiej strony pojmie może, że choć oponent ma inne zdanie, to nie kurwi logiki, bo posiadanie racji nie jest nierozerwalnie związane z poprawnością argumentu. Logicy na przestrzeni wieków wyróżnili i nazwali szereg reguł wnioskowania, choćby wzmiankowane modus ponens i tollens. W dwudziestym wieku pojawili się jednak inni logicy, którzy podali pod wątpliwość dotychczasowe dogmaty (tak, dogmaty występują również poza religią) i tak narodziły się systemy nieklasyczne, a logika stała się polem równie zażartych dysput jak etyka. O tym jednak w przyszłości, a kolejny odcinek poruszy już bardziej ciekawy, zdaje mi się, temat, mianowicie błędy nieformalne. I tak, będzie o ad ignorantiam.

* Zdania pytające i rozkazujące (pomijając logikę deontyczną) nie są zdaniami logicznymi.

Spamlista dla zainteresowanych tym gównem: KLIK

#filozofia #nowyonanizm #logika

Przejdź do wpisu

Dodany: 2018-07-26 10:52:18 | Ostatnio wołany: 2018-07-26 10:52:37


Obcować z bogiem

Leżałem nocą w swym łóżku i spoglądałem na owalne lico księżycowe. Strugi jego blasku srebrzystego zmywały senny piach z moich oczu. W kątach mego pokoju przyczaiły się cienie znajome. Tchnienie nocy majowej wpadało przez rozwarte okno, muskając firanę, i niosło przed sobą woń drzew wiśniowych, co w sadzie zakwitły. Kiedym tak leżał, zezując leniwie na przepływające myśli, serce moje poruszyło się znienacka. Poczułem napięcie rosnące, jak gdyby ciało każdą swoją cząstką na baczność stanęło, choć przecież nie ruszyłem się z miejsca. Zdało mi się, że czas wstrzymał swój bieg i świat cały zamarł wraz ze mną w tym oczekiwaniu niejasnym. Wtedy usłyszałem głos mówiący „Onan, napiszże coś wreszcie”. Wstałem z łóżka i włączyłem laptopa, po czym otwarłem Wykop. To, com tam ujrzał, ugasiło ten zapał przed chwilą wzniecony, wszelako głos znów rozkazał mi pisać. Myśl jednak mnie opadła, co było tego głosu źródłem i czy aby istniały usta, które te słowa wyrzekły…

Dzisiaj podejmiemy starania, aby te wątpliwości rozwiać. Jeśli powyższy wstęp jest nadto mętny, prostuję, iż tematem odcinka jest argument z doświadczeń religijnych. Wiedziony nieznaną mi wcześniej troską, aby nadać moim wpisom pozory naukowości, usiłowałem znaleźć przykłady dyskusji temu poświęconych na polskich stronach ateistyczno-racjonalistycznych, szybko jednak lenistwo moje wzięło górę i projekt ten zarzuciłem. Znalazłem wprawdzie dwa filmy na kanale „Śmiem Wątpić”, lecz ich długość odstraszyła mnie skutecznie, nie wspominając o tym, że jestem zwolennikiem starej szkoły polemicznej. Film jest film, tekst jest tekst – tak mawiał Pan Derrida, a ja się z tym zgadzam, albowiem pisanie jest czytaniem (tak mawiają bodaj w Białymstoku). Stąd też, jak zwykle zresztą, zdani jesteście na moją uczciwość w prezentowaniu cudzych stanowisk, a tej za wiele nie posiadam.

Nim przejdziemy do omawiania tego, jak zwykło się argumentować w oparciu o istnienie doświadczeń religijnych, określmy sobie, co takowym mianem będziemy tu nazywać. Próżno jednak będzie silić się na precyzyjne definicje i ostre rozgraniczenia, jako że doświadczenie samo rzadko bywa ostrym. Zamiast tego przytoczę kilka skojarzeń, jakie osobiście wiążę z tym terminem, licząc na to, że intuicja dokona reszty i zwiąże je ze sobą w sposób należyty. Otóż kiedy piszę „doświadczenia religijne” mam na myśli zarówno doznania percepcyjne, jak nagła światłość, słyszenie głosów, uczucie obecności etc., jak i stanów afektywnych. Do tych drugich zaliczam m.in. niespodziewaną euforię mimo braku wyraźnych przyczyn, wrażenie, iż ktoś czuwa nad nami itp. Jedne i drugie doświadczenia mogą zjawiać się w natężeniu słabym lub mocnym, zaś ich przedmiot jawić się może wyraźnie lub w sposób subtelny. Ktoś jednak mógłby teraz zaoponować, że takie i podobne doświadczenia spotykają każdego, a mimo to nie zawsze przypisujemy im znaczenie religijne. Rzeczywiście, przeżyciom tym nadamy charakter religijny tylko wtedy, gdy legną one u podstawy narodzin religijnych przekonań lub przekształcą je w jakiś istotny sposób. Takowe przekonania mogą przybrać kształt konkretny i określony, jak i mętny i ogólny; od uznania takiej a takiej religii po niejasne przeświadczenie o istnieniu potęgi wyższej.

Zajmiemy się tu wyłącznie epistemologicznym aspektem doświadczeń, pomijając kwestie psychologiczne, przynajmniej do czasu kreślenia wniosków końcowych. Doświadczenie religijne bywa używane czasem jako część argumentu dedukcyjnego, częściej indukcyjnego, najczęściej jednak przywoływane jest przez ludzi nieobeznanych w filozofii, a wtedy argumenty te nie przyjmują postaci uporządkowanej. Często również służą dowodzeniu obiektywnego istnienia przedmiotu tych doświadczeń. Takimi argumentami nie będziemy się tu zajmować, albowiem jako racjonaliści (xD) doskonale znamy pułapki empiryzmu, byłoby to zatem stratą czasu. Przyjrzymy się przywoływaniu doświadczeń religijnych w sposób bardziej przemyślany. Rdzeń takich argumentów prezentuje się następująco:

Doświadczenia religijne we wszystkich istotnych aspektach przypominają pozostałe doświadczenia zmysłowe
Pozostałe doświadczenia zmysłowe stanowią dobre uzasadnienie dla przekonań z nich opartych
Zatem doświadczenia religijne stanowią dobre uzasadnienie dla przekonań z nich opartych

Rozpoznajemy w nim argument z analogii, czyli argument indukcyjny. Zostawmy jednak problemy związanie z tą metodą wnioskowania, gdyż roztrząsanie tego wymaga dużo więcej miejsca, i przyjmijmy, że indukcja jest prawomocnym narzędziem argumentacji. Zastanówmy się, jakie słabości tkwią w powyższym rozumowaniu.

Nie musimy już na samym początku wypływać na szerokie wody mórz epistemologii. Odwołamy się do chłopskiego rozumu. Panuje raczej powszechna zgoda, iż umysł ludzki i zmysły często ulegają złudzeniom. Widujemy rzeczy, których, kiedy spojrzymy ponownie w to samo miejsce, już tam nie ma. Po pijaku nierzadko miewamy wrażenie, że oto cały świat wiruje lub ta dziewczyna przy barze jest nadzwyczaj urodziwa, lecz kiedy budzimy się razem z nią rankiem dnia następnego, przeżywamy rozczarowanie. Zważywszy na fakt, że doświadczenia o zabarwieniu religijnym występują rzadko, a dodatkowo różnią się one od siebie znacząco, wydaje się całkiem prawdopodobne, że ich treść ma charakter iluzoryczny. Idąc dalej, wypada przywołać odkrycia neurobiologii. Oto dowiadujemy się, iż podobne doznania występują również przy stanach padaczkowych; że odpowiednia stymulacja farmakologiczna czy elektromagnetyczna przywołuje doświadczenia podobne tym, które opisują mistycy. Wszystko powyższe wskazuje na to, iż podłoże doświadczeń religijnych jest w pełni neurologiczne i nie odzwierciedlają one nic, co ma miejsce w rzeczywistości obiektywnej. To pozwala odrzucić wniosek powyższego argumentu.

Przyjmując tę linie krytyki, napotykamy jednak istotne trudności. Dokładnie przy pomocy tych samych argumentów można podważyć jakiekolwiek doświadczenie i empiryzm jako taki, a przecież chyba wszyscy w mniejszym lub większym stopniu polegamy na treści zmysłowej, kiedy przychodzi do formułowania sądów o świecie zewnętrznym. Gdy zaakceptujemy taką krytykę, podważymy same argumenty, te bowiem wywiedzione są właśnie z doświadczenia., toteż powołanie się na fakty naukowe sprawi, że zanegujemy prawomocność samych faktów. Tym samym staje się jasne, że konieczne jest podważenie pierwszej przesłanki naszego argumentu z analogii i rozerwanie tej relacji podobieństwa, jaka ma łączyć przeżycia religijne z reszta naszego doświadczenia. W takim razie należy zadać sobie pytanie o to, co odróżnia te dwie sfery ludzkiego poznania. Nie wystarczy jednak wskazać na dowolne różnice, bowiem muszą być one istotne dla analogii (częsty błąd w przypadku tego typu rozumowań). Czy takowe istnieją?

Pierwsze, co przychodzi na myśl, to intersubiektywność, a co za tym idzie możliwość weryfikacji naszych przekonań przez inne podmioty. Kiedy spoglądam na drzewo rosnące na łące, tworzę pewne przekonanie na jego temat. Mogę wtedy przyprowadzić tam znajomego i spytać, czy on również widzi tam drzewo, czy to drzewo wygląda według niego tak a tak etc. Jeśli potwierdzi, zyskuję dodatkowe uzasadnienie dla swoich przekonań; jeśli nie, opadną mnie wątpliwości. Ktoś może wszakże zauważyć, że ukryliśmy tu kilka założeń, które, choć powszechne, wcale nie są pewne. Założyliśmy między innymi istnienie innych podmiotów oraz to, że ich treść zmysłowa odpowiada naszej, a przecież mój znajomy może postrzegać coś zgoła odmiennego, używając jednocześnie tych samych pojęć z języka naturalnego, aby opisać obserwowany fenomen. Wreszcie wykazałem się nie lada ufnością, wierząc, iż znajomy mnie nie okłamuje. Pozbywając się tych założeń, nadal jednak mogę moje przekonania w pewien sposób zweryfikować. Przypuśćmy, że patrzę na drzewo, stojąc w pewnej odległości od niego. Jak mogę sprawdzić, czy mnie wzrok nie mami? Mam możliwość zbliżyć się doń i na przykład położyć dłoń na pniu. Jeśli poczuję dotyk kory, moje przekonanie o istnieniu drzewa wzmocni się, bowiem dokonałem weryfikacji przy pomocy innego zmysłu. Mogę również wrócić w to samo miejsce po kilku dniach, aby sprawdzić, czy drzewo, albo jakaś jego pozostałość, nadal tam jest.

Doświadczeniom religijnym, jak się zdaje, brakuje obu tych cech. Głosy przemawiają w różnych okolicznościach i różne słowa wypowiadają, Chrystus zjawia się to na krzyżu, to bez niego, Bóg zaś ujawnia swój majestat tylko wybranym. Doświadczenia te przychodzą spontanicznie i w różnorakich sytuacjach, nie możemy zatem przeżywać ich na nowo w celu zdobycia kolejnych upewnień. Gdybym, patrząc na kwiat maku, doznał nagle poczucia boskiej wspaniałości, łatwo jest przewidzieć, co odpowiedziałby mi mój znajomy, kiedy zapytałbym go, czy poczuł coś podobnego. Wobec tych zarzutów wydaje się, że argument z analogii trzęsie się w posadach. Niestety, kiedy przyjrzymy się lepiej naszym różnicom, okazuje się, że występują one również między doświadczeniami pozbawionymi rysu religijnego. Często stawać musimy wobec fenomenów unikalnych, które w trakcie naszej egzystencji mają miejsce tylko raz, co uniemożliwia nam drugi ze sposobów na weryfikację, jak i mierzymy się z nimi samotnie, co przekreśla intersubiektywność. Mimo to nieracjonalnym byłoby nie uwzględniać ich w swoich rachubach i nikt tego od nas nie wymaga, co najwyżej zaleca pewną dozę sceptycyzmu.

Z zagadnieniem intersubiektywności związana jest jeszcze inna kwestia. Otóż treść doświadczeń religijnych nader często zależna jest od religii, jaką wyznaje podmiot, albo chociaż kręgu kulturowego, w jakim został wychowany. Buddyści nie miewają wizji gołębic czy krzyża, chrześcijanom nigdy nie ukazuje się Zeus. Zauważmy jednak, że mimo tej różnorodności jest pewien wspólny rdzeń wszystkich doświadczeń religijnych. Wszyscy, którzy je przeżyli, zgodni są co do tego, że obcowali z jakimś odmiennym wymiarem rzeczywistości lub czuli obecność potęgi wyższej. Choć taka zmienność może rzucać cień na to, czy konkretne doświadczenia dowodzą prawdziwości konkretnej religii, w żaden sposób nie przekreśla tego, iż istnienie ogółu takowych doświadczeń stanowi potwierdzenie dla przekonania, że nasz świat życia codziennego nie jest jedynym.

Podsumujmy, albowiem wpis nie może być za długi, bo wtedy przeczyta go może pięć osób i to najpewniej takich, dla których powyższa treść jest oczywista. Nie sposób podważyć roli doświadczeń religijnych w uzasadnieniu przekonań na nich wzniesionych bez odmówienia tego statusu doświadczeniu ludzkiemu w ogóle. Wydaje mi się, że należy uznać racjonalność wiary nadbudowanej na bazie takich przeżyć, o ile osoba wierząca sama była podmiotem doznającym; nie potrafię bowiem sobie wyobrazić, że cudze doświadczenia przekonają do wiary kogokolwiek. Praktyczna konieczność zmusza nas, abyśmy zaufali temu, co przynosi nam nasze doświadczenie, wszak odrzucając je, tracimy jedyne narzędzie naszego obcowania ze światem. Jako że nad serią unosi się pragmatyczny duch Jamesa, warto wspomnieć o wyjątkowo pozytywnym wpływie, jaki doświadczenia religijne wywierają na ludzką egzystencję. Jednostkom złamanym potrafią one przywrócić chęć do życia, a ludziom zagubionym wskazują drogę, na której znajdują spełnienie i szczęśliwość. Pijakom pomagają w zerwaniu z nałogiem, zaś z egoistów czynią rycerzy miłosierdzia. Wielu odrzuca pragmatyczne ujęcie religii, twierdząc, że zastępuje ona boga wiarą w niego, a odpowiedź na pytanie, czy należy wierzyć, zależy przecież od tego, czy on rzeczywiście istnieje. Wypada jednak zadać sobie pytanie, czy taki bóg sam dla siebie budzi jakąkolwiek cześć? Czy prawdziwie istotnym jest to, czy bóg jest? Może jednak ważniejszą kwestią jest to, jak możemy zeń skorzystać. Czy idea boga służyć ma jedynie jałowej admiracji, czy lepiej zaprząc ją do czynu? Wartość doświadczeń religijnych być może nie tkwi wcale w tym, że wiernie oddają rzeczywistość, ale w tym, jak kształtują ludzki żywot.

***

Z powodu wakacji zaniecham tymczasowo pisania kolejnych wpisów bezpośrednio dotyczących religii. Wymagają one zbyt wiele czasu, spędzonego głównie na myśleniu, którego to czasu w tych miesiącach bardzo mi szkoda. Mógłbym wprawdzie posklejać kilka tekstów i rzucić garścią linków do artykułów poświęconych omawianym problemom, jednak seria ta w pierwszej kolejności ma skłaniać do refleksji, również mnie samego. Dodatkowo we współczesnej epistemologii wiary jest tak wiele różnych koncepcji i fachowej terminologii, że dla przeciętnego plusującego z Wykopu byłaby to lektura trudna i nudna (dla mnie zresztą też taką bywa). Z tego powodu kolejny odcinek omówi często przywoływane błędy logiczne i to, jak często wcale nie są one błędami, tylko pełnoprawnymi argumentami indukcyjnymi. Potem, kto wie, być może zaparzymy herbatę w czajniczku.

Spamlista dla zainteresowanych: KLIK

#nowyonanizm #ateizm #filozofia #religia

Przejdź do wpisu
Założona przez:

Turysta_Onanista

Osób na liście: 34
Wołań: 14
Dla zainteresowanych wpisami spod tagu #nowyonanizm

Ostatnie wydarzenia (zobacz wszystkie)


2019-08-20 17:23:03
@problemat dołączył(a) do listy


2019-08-19 22:18:15
@Zgagulec dołączyła do listy


2019-08-19 21:51:12
@Turysta_Onanista zawołał do wpisu


2019-08-08 14:31:11
@Al-3_x dołączył do listy


2019-08-07 21:52:36
@KatpissNeverclean dołączyła do listy


2019-08-07 21:22:55
@ranunculus dołączył do listy


2019-08-07 21:21:13
@Turysta_Onanista zawołał do wpisu


2019-07-27 18:01:06
@Profesor_Milczarek dołączył do listy


2019-07-26 13:23:56
@Turysta_Onanista zawołał do wpisu


2019-03-19 01:06:30
@Droden dołączył do listy